dziwnie mi...

Wtorek, 14 lutego 2012 · Komentarze(0)
cholernie nie chcę mi się dziś ruszyć z domu rowerem. Chyba wolałem -10 i piekne słońce niz to co mamy za oknem teraz. Grrr 2km do Sklepu wpisuje, jednak to co mnie czeka na siodełku teraz to nie to co tygrysy lubią najbardziej...

Wypierdzista pogoda;/ -5 nieomal łupał!

Na uczelnie

Poniedziałek, 13 lutego 2012 · Komentarze(2)
Kategoria Na uczelnie
Jednym słowem dziura... Coraz bardziej rozważam zakup Shwalbe marathon. Może te opony nie będą się dziurawiły, bo te co mam obecnie to już proszą o pomstę do nieba.
Z drugiej jednak strony tyle kasy za te maratony to sporo.

Kapcia złapałem gdzieś juz przy wisłostradzie. I potem po zmianie dętki znów dziura. Dętek zabrakło więc w ruch poszła komunikacja miejska.

Kapeć nastąpił w przedniej oponie która ma przejechane pi razy oko 3 sezony i ponad 25tysięcy napewno.

Cóż rower okulał a ja juz w domu trochę zły, że pełne 50km nie wpadło;/ - co na to moje "Carmelowe" wielbicielki... ech łajam się pokornie! Wstyd mi za swoje złe obuwie rowerowe ach wstyd!

Zakopiańskie Zgrupowanie

Niedziela, 12 lutego 2012 · Komentarze(1)
Wyjazd do Zakopanego miał na celu oderwanie się od codzienności i wniesienie czegoś nowego do naszej rowerowej rzeczywistości.
I suma summarum wyjazd się udał. Przemaszerowaliśmy z kijkami łącznie 55kilometrów.

Pierwszy dzień to marsz na Morskie Oko. Zimą szlak jest piekny, aż żal, że nie można tam wjechać rowerem o tej porze roku, choć pewnie wczesnym świtem nie jest to "niewykonalne". Chciałbym kiedyś zdobyć ten szlak wczesnym rankiem ale na dwóch kółkach. Naprawdę piękna droga!

Trafiła nam się sloneczna pogoda kiedy ruszaliśmy na szlak, niestety im wyżej, tym słonca było mniej, jednak całość przeszliśmy przy nader wysokiej temperaturze. Momentami aż zdjąłem rękawiczki. Widać w dolinach jest sporo cieplej, i straszenie nas przez synoptyków mrozami w tej czesci kraju było mylne.













a na koniec pełna panoramka robiona z tafli zamarzniętego jeziora:




Dzień nr 2, to przemarsz drogą pod reglami. Jechałem nią rowerem w sezonie letnim, tym razem pokonaliśmy ją pieszo. Niestety, zebraliśmy sie z wyra za późno i nie udało sie przemaszerować całej doliny Kościeliskiej i wejśc aż do końca tego "reglowego" szlaku. Wracamy z Kościeliska busem, bo robi się ciemno.




Tego dnia jeszcze przeszliśmy kawałek po samym Zakopanem, Krupówki i prawie aż do Olczy, gdzie mieszkaliśmy. Nocleg udało się znaleźć za 25zł, co zdecydowanie sprawiło, że pomysł wyjazdy przerodziliśmy w czyn!

Dzień 3 to wymarsz z kwatery w kierunku Kasprowego.
Droga do Stacji kolejki i wyjazd na szczyt. AGnieszka nie była nigdy na górze, więc postanowiliśmy tam pojechać. Było warto. Sami zobaczcie.
















Wyjazd dość męczący. Sporo marszu, sporo pracy ramionami i nogami. Nie sądziłem, że aż tak poczuje te piesze kilometry. Czuje, że te 3 dni w górach nie przeszły bez echa dla kondycji i traktuje to jako małe zgrupowanie zimowe;)

zakupy i po mieśćie

Poniedziałek, 6 lutego 2012 · Komentarze(4)
Dzień lekki zwiewny i luźny, mimo, że rano wizyta u lekarza, to okazało się, że zaliczenie Mechaniki Gruntów było faktem! Nadal jest dla mnie czymś niesamowicie pozytywnym! Udało się! Mój Magister coraz bliżej:D Juppi!

A tak wogle to jeździło mi się ciężko, chyba mnie już troszkę męczy ta mroźna zima...

Po nocy, po mieście, po Agnieszkę

Piątek, 3 lutego 2012 · Komentarze(1)
Kiedy wracałem pod wiatr z Chotomowa dzisiaj od pkp po południu nie wiedziałem, że jeszcze tego wieczoru będzie mi dane jechać na rowerze. A jednak.

Nie było źle. Kurs na Husarksą do dziewczyn do Ubezpieczeń po produkcje dla Agi agencji. Chwile gadki i chwile oddechu w cieple. Rzekłbym nawet za cieple, pod koniec to już się zacząłem przegrzewać w tamtym pomieszczeniu. Później z zapotrzebowaniem obładowany polisami i ogólnymi warunkami pomknąłem do Agi.

Jeździć zima juz sie nauczyłem, jednak dziś wieczorem wysiadła mi ręka a dokładniej bark. Chyba przesiliłem ja ostaniami swoimi wyjazdami. Niestety przerwę od roweru mam do jutra, bo znów jutro czekają mnie kursy po mieście;)

Summa summarum - mimo ekstremalnych mrozów, zima daje radę i jest naprawdę bogata w kilometry. Śniegu mało, pięknie słoneczko świeci. Pedałować nie umierać;D

Zimowe szlaki północnego Mazowsza - Sakwiarski rajd po lodzie.

Piątek, 3 lutego 2012 · Komentarze(2)
Kategoria Na Zaborze
Wyjazd w sprawie, ale połaczony z tym co uwielbiam najbardziej, jazda rowerem. Trasa połączona z PKP, bo zalezalo mi na czasie, jednak nie odmówiłem sobie kilku mroźnych odcinków;)
Zacząłem pkp z Przystanku do Pomiechówka:

Potem lasami pognałem do Agi mamy. Po drodze na napompowanych slickach z dwoma sakwami męczyłem sie na lodowisku w lesie. Jazda była bez upadków, jednak czułem się bardzo niepewnie na lodzie.

Afalt przebijał miejscami, ale wiekszośc stanowił przezroczysty lód

Dalej na odsłoniętej przestrzeni zmagałem się z silnym bocznym wiatrem i - 19 na termometrze...

Lekko faliście ale duło jak w miechu!

Na miejscu po załatwieniu spraw ruszam na pkp i spotykam pociągi widma;_)

DOjazd na Peron nie jest łatwy, cała platformę pokrywa lód, aż dziw, że nikt pod pociąg nie wpadł idąc tam.


Trasa z Chotomowa to silny wiatr w twarz i zachodzące na czerwonym mroźnym niebie słonce. Niestety, za bardzo było zimno aby dopracować to zdjęcie, więc jest takiej jakości;/

Bo zimą to prze szanownego państwa z reguły zimno jest:)

Czwartek, 2 lutego 2012 · Komentarze(0)
Po porannym kursie do organizacji pocztowo-wysyłkowej znanej potocznie Pocztą udałem się na wycieczkę nr 2.

Getry jakie przyszły pocztą trzeba było przetestować. Niestety, sa cieniusieńkie i jadac w ten mroźny dzień nie czułem różnicy z nimi i bez nich. WIatr przebijał się igiełkami przez spodnie i getry. Co nie zmienia faktu, że odprowadzają wilgoć zapewne dobrze i wogle są "termoaktywne". Co do ich mrozo-dezaktywacji, cóż...:)

Wycieczka do Agnieszki do pracy drogą okrężną przez legionowskie ścieżki rowerowe. Ludzie jacyś tacy zapatuleni. Wszyscy nagle jak jeden mąż, postradali swoje karki. Głowa zaczyna się płynnie po zakończeniu tułowia. Każdy idzie i z zaciekawieniem wpatruje się w ziemie, jakby pośród tego syfu chciał znaleść conajmniej diamenty. Kobiety jeszcze próbują sobie podtrzymywać głowę pod brodą, byc może od mrozu im się poluzowała;)

Jedno jest pewne, ludzie przywykli do jesieni latem, do jesieni zimą i nagle opętała ich przemożna panika, gdy nastała zima zimą! Cóż, zawsze można iśc na rower, choć zjazd z wiaduktu 30km/h przy -20 to już odczuwalna impreza dla ciała;)


EDIT: Tokaido dzisiaj osiągnął 4000km:) Sto lat niech żyje nam!

W tnących szponach mrozu i na siodełku!

Środa, 1 lutego 2012 · Komentarze(13)
Zawsze marzyłem, o wyjechaniu zimą na wyjazd określany przeze mnie jako „bike to hell”, nigdy jednak nie udało mi się zrealizować tego co zamierzałem. A to było za dużo śniegu i jazda była utrudniona, a to plucha, a to znów za dużo zajęć na uczelni i tak zawsze coś wychodziło. Potem zima się kończyła a zależało mi aby wyjazd był jednak typowo śnieżny!

Ten wyczyn planowałem, od kiedy tylko wyszedłem z ostatniego egzaminu w tym roku. Nie sądziłem jednak, że pogoda zaserwuje mi takie wysokie wymagania. Najpierw -6, -8, -10 żeby wczoraj osiągnąć -15 wieczorem.

Kiedy dziś rano wstawałem, na termometrze widniała przerażająca liczba -18 stopni. Gdzieś przez głowę, przemknęło lekkie zawahanie. „ A może jednak dać za wygraną, poczekać az mróz zmaleje?” Jednak było jeszcze przed wschodem i liczyłem na ocieplenie gdy pojawi się słońce.
Zjadłem 2 kanapki z serem popiłem ciepłą herbatą i zapakowałem sakwę. Buty trekingowe, owinąłem dodatkowo folią spożywczą, aby mroźny wiatr nie dostawał się żadną szczeliną, nawet najmniejszą. Zwarty i gotowy, wyposażyłem swoją sakwę na kierownicy w termometr elektroniczny i ruszyłem na dół. Agnieszka tylko się podśmiewała: „a jedź niech ci ta dupka zmarznie, może ci się odechce i wrócisz szybko…”

Kiedy ruszyłem było około 8:45. Słońce było jeszcze nisko a pierwsze podmuchy zimnego powietrza stłumiły ostatnie moje rozleniwienie poranne. Tu nie było miejsca na sielskie kręcenie i rozglądanie się dookoła. Tu była zasada, im żwawiej kręcisz tym jest ci cieplej i mniej parują ci okulary.

Trasa do Nowego Dworu Mazowieckiego to -18 stopni w cieniu i -16,8 na „słońcu”. Paradoksalnie nie odczuwałem tego -18 tak jakoś mocniej. Po prostu było zimno i tyle, zdawałem sobie sprawę jednak, że temperatura da się we znaki dopiero po dłuższym dystansie. Czułem respekt dla warunków jakie przede mną występowały i starałem się wewnętrznie motywować jak najlepiej umiałem. Streszczałem się więc aby pierwszy etap mieć za sobą w miarę jak najszybciej i aby chęć powrotu zmalała.
Nowy Dwór, przelatuje na autopilocie. Na moście przez Wisłę spotykam się twarzą w twarz z nieprzyjemnym wiatrem. Wiało ze Wschodu i to dosyć znacznie. a kawałek do Modlina, musiałem pojechać pod wiatr. Aura wtedy naprawdę pokazała swoje szpony. Jechałem wiaduktem, pod górkę i pod silny wiatr a na termometrze za nic nie chciało być cieplej niż -18. Nie wiem ile odczuwały moje policzki, ale te 1.5km czułem się tak, jakby mi ktoś pazurami szarpał po twarzy. Wreszcie udało mi się dotrzeć do twierdzy Modlin, schowałem się nieco za blokami i drzewami a wiatr zmienił się na boczny.

Od Wyjazdu z Modlina nareszcie zapowiadał się wiatr w plecy. Kolo cmentarza modlińskiego, zrobiłem postój na chwilę oddechu. Odkąd ruszyłem z Jabłonny, nie było okazji na postoje. Nawet na światłach w mieście udawało mi się przelecieć na zielonym.


Trasa nareszcie zrobiła się przepiękna. Mróz przestał dokuczać, słońce iskrzyło się milionami kryształków na niebie. Na jezdni czaił się podstępny lód, odbijając promienie czasem naprawdę niefortunnie, prosto w oczy! Jechało się jednak naprawdę dobrze. Było zimno a z ust leciała gęsta para. Dymiłem niczym jakiś parowóz, a z licznika nie schodziło 23km/h. Dookoła na kurtce gromadziły się kwiaty z mrozu a czapkę pokrywała warstwa kilkumilimetrowego szronu.
Przez Zakroczym udałem się do Henrysina. Niestety z powodu zimna nie zatrzymywałem się na skontrolowanie trasy z mapą. Oczywiście pobłądziłem i skręciłem za wcześnie co zaskutkowało tym, że wróciłem na okropną drogę nr 62, której jak ognia starałem się unikać. Aby się nie cofać, pojechałem więc kawałek 62jką i na tyle na ile było to możliwie bezpieczne skręciłem na Smoszewo. Trzeba wam wiedzieć, że trasa 62 to tranzytowa droga dla tirów bez pobocza z bardzo dużym natężeniem ruchu. Tam każdy kilometr, liczony jest jak 5, bo skoncentrowanym trzeba być naprawdę mocno a i refleks czasem się przydaje. Ja tego dnia raz uciekałem na pobocze zdmuchnięty przez pustą lawetę a kilka razy uciekałem sam sprzed wyprzedzających na czołówkę wozów.

W Smoszewie, zaraz za cmentarzem, okazało się że asfalt im chyba ruscy wynieśli i telepałem się po strasznej szutro-kamienio-koleino-nawierzchni przeplatanej lodem i śniegiem. Było okropnie, bo nie mam przerzutek w tokaido i nie mogłem sobie ulżyć w jeździe. Ostro musiałem się siłować z pedałami na takiej fakturze a jednocześnie cholernie uważać, aby nie paść na pysk na lodzie.
Koło Wygody Smoszewskiej, przed samym nieszczęsnym powrotem na główną, spotykam patrol policji, która łapie kierowców na 62. Dziwnie spojrzeli się na mnie jak ich mijałem. Całe szczęście mieli delikwenta i mogli na nim skupić swoją uwagę a mnie puścili wolno. Nie wiem na ile legalne jest jeżdżenie rowerem po TAKICH krajówkach.



Do Wychódźca mknę żwawo grubo ponad 23km/h i dojeżdżam zmęczony, ale szczęśliwy. Przede wszystkim mam chwile oddechu od mrozu a i dawno nie mięłam okazji podgadać z Radkiem i w sumie kawał czasu się nie widzieliśmy. W pokoju spotykam także Kasię, jego dziewczynę i Damiana brata.

Część numer dwa: Do domu, hej do domu już czas…

Przepyszne kotlety, ciepła herbata oraz wspaniałe towarzystwo pozwoliły mi odtajać. Około 2h po przybyciu zabieram się w drogę powrotną. Rusza ze mną do spółki Radek.

Ogarniamy sprzęt i w drogę. Radek nie byłby sobą gdyby nie poprowadził trasy po swojemu, czyli na łubudu. Jedziemy szutrówkami i już na wstępie wspinamy się pod wielką skarpę. Tam próba zmiany biegu kończy się zerwanym łańcuchem. Próbowałem założyć łańcuch mechanicznie na zębatkę wyżej, licząc że nie jest tak naciągnięty i wejdzie na „ciasno”. Niestety łańcuch może by i siedział na zębatce, ale zanim tam się usadowił, musiał pokonać ciasny skos i przez mróz zwyczajnie strzelił… Zmuszony zostałem skrócić go o ogniwo. I zamiast polepszyć, pogorszyłem sprawę, bo bieg musiałem założyć jeszcze cięższy niż był a trasa była terenowa.

Dalsza jazda do Zakroczymia, to szereg szutrówek przykrytych szklistym lodem i silny wiatr w twarz. O ile wcześniej do Radka jadąc, miałem pomoc, teraz zrobiło się nieprzyjemnie. Na otwartych przestrzeniach wiało niemiłosiernie do tego ciężki bieg sprawiały, że nie mogłem rozpędzić się więcej niż 12km/h. Przed samym Zakroczymiem wpadamy w super wąwozy. Wyglądają jak te na Lubelszczyźnie.






Wielkie, głębokie i takie na swój sposób mroczne. Osłaniają nas jednak przyjemnie od wiatru i mimo, że czasem podjazdy są ostre i musimy prowadzić rowery, to jest o niebo cieplej.

Przed samym miastem, rozdzielam się z Radkiem, który rusza w drogę powrotną do domu. Nieźle go przymroziło!

Dotarł cały i zdrowy!

Jazda samotna smakuje inaczej kiedy termometr pokazuje -17 a słońce zachodzi za horyzontem.

Niebo zrobiło się krwisto czerwone a ja opuszczałem Modlin.

Krótka przerwa na moście na małe zdjęcie, i czym prędzej ruszam do domu. Po przedarciu się przez centrum Nowego Dworu, już w kompletnych ciemnościach jadę do Jabłonny. Okulary zamarzają od pary, i mam małe dziurki tylko do patrzenia. Wycieranie nie daje nic, bo za chwilę sytuacja sie powtarza. Lampka świeci, ale droga z Rajszewa to 4 podjazdy a bieg był cholernie ciężki. Droga zdawała sie nie mieć końca. Prosta i bardzo mroźna(podejrzewam, że poniżej -18) a stopy nieźle już wychłodzone. Męczyły mnie boleśnie aż do samego końca.

To była naprawdę trudna trasa a do tego na końcówce jazda na za ciężkim biegu z bardzo niską kadencją. Kiedy wchodziłem po schodach do domu czułem przeszywający ból w palcach u nóg. W zasadzie trudno powiedzieć, czy odczuwałem obecność samych palców;) Zmęczony, ale szczęśliwy dotarłem do celu.


PS: Szok jestem na głównej i na drugim miejscu - zapomniałem, że od dziś mamy luty