Pierwszy od dawna dzień wolny, który mogę spędzić tylko na swoje sprawy. Najpierw zacząłem fryzjerem, potem po ogarnięciu spraw poranka udałem się na rower. Nowy/stary widelec świetnie działa, a i nie szkoda go na okres jesienno-zimowy. Raidon przejdzie niebawem serwis z wymianą oleju i czego mu tam trzeba.
Moja dzisiejsza runda to kółko przez Legionowskie lasy do Choszczówki, a następnie do Nieporętu i do Legionowa.
Efekt? Jak zaczynałem świeciło słońce, jak kończyłem już nie świeciło... i znowu zmarzłem.
Za to przyjemnie się jechało. Pierwszy raz od dawna pojechałem na rower dla przyjemnośći a nie z przymusu dojazdu do pracy;)
Sobota urodziny kota. A dla mnie to dzień sądu i młynu w sklepie. Zmienił mi się też rozkład jazdy więc kolejna szansa na mikro kilometry wpadła. Muszę jechać na Legionowo piaski bo pociąg jedzie z Wieliszewa więc dodatkowo mam ze 2 kilometry.
Praca w sobotę to dość osobliwy dzień. Nie ma szansy na nudę ciągle ktoś zaczepia na sklepie i czasem nie da się przejść przez sklep aby ktoś nie zaatakował. Dla mnie to największą niewiadomą jest rozpinanie kurtek. Czasem mam wrażenie że ludzie mają nadzieję znaleźć w środku jakieś skarby. Czasem nie ma mnie 5 lub 10minut na sklepie, a mój dział zionie kurtkami rozpiętymi. Zapinanie kurtek to must have tej pracy!
Kończyłem pracę tego dnia o 17.15 więc postanowiłem z okazji soboty wrócić sobie rowerem do domu. Nie wziąłem pod uwagę jednak tego że wieje. Z 10stopni odczuwalna temperatura była w okolicy 5. Jednym słowem wymagało to sporego hartu ducha aby dojechać do domu.
Jak wspomniałem w ostatnim wpisie dodatki będę dodawał bo same dojazdy do pociągu oraz powrót to trochę mało:) zacznę tym wpisem bo dodatek był w związku z tym że miałem na rano do pracy a tego dnia deszcz postanowił nie padać, mało tego nawet świeciło słońce!
W pracy powoli nabieram rytmu bo po dość długiej przerwie jakoś nie mogłem się zebrać w sobie i codzienne wstanie jakoś totalnie mnie powaliło. Niby zmiany nie 11 tylko osiem godzin ale jakoś gdy człowiek miesiąc czasu się leni to ciężko wpaść w rytm. Pmwmjg się to stabilizuje i mimo że dni chłodne to jakoś wracam na koła. pracuje pół etatu na serwisie a pół na sklepie. Moja praca na sklepie to głównie sprzątanie po klientach układanie towaru zapinanie kurtek no i oczywiście pomaganie przy zakupie rowerów i akcesoriów. W brew pozorom sporo ogarnięcia jak jest tłum ludzi. Życie na sklepie toczy się swoim rytmem a pytania ludzi jak zwykle są kopalnią wiedzy dotyczącej naszego gatunku - Pan tu pracuje?
Ostatnio nie miałem czasu ma pisanie codziennie bo musiałem przestawić się na codzienne dojazdy do pracy. Praca w trybie ośmiu godzin powoduje mniej dni wolnych, a te jak już są to najczęściej wypełnia je masa obowiązków domowych. Dzisiaj jest przełom bo w reszcie mój telefon pozwolił mi zalogować się na portal i postaram się wam pisać więcej w trakcie fascynującego dojazdu koleją:)
Tylko spokojnie, rower bierze w tym czynny udział bo do pociągu mam kilometr a potem w Warszawie znów kilometr do pracy bo daje około 4km łącznego dystansu dziennie zakładając że tylko PKP bez dodatków. Jak wiadomo dodatki się zdarzają i będą się zdarzać;)
Do pociągu pojechałem rowerem, bo na hulajnogę było za ładnie, a na długi dystans do pracy za wcześnie. Nie lubię jechać jesienią o piątej rano rowerem, dlatego pojechałem do SKM.
W pracy miałem być na serwisie. Sporo nowego musiałem się uczyć, bo jeszcze nowego systemu nie ogarniam, a przyjmowanie sprzętu jest w komputerze. Trzeba zaznaczyć, co przyjmuje jak i gdzie. Sporo biurokracji komputerowej. Nie zmienia to faktu, że zrobiłem kilka serwisów. Praca w innym trybie nieco. Tu tylko wymienia się to co klient sobie życzy. Pełne przeglądy to dodatek i w sumie z tego co widziałem nikt specjalnie sobie tym głowy nie zaprząta. Jak widać każdy serwis ma inne priorytety.
Za mało jeszcze wiem, aby coś więcej powiedzieć, ale praca normalna jak to na serwisie.
Powrót również PKP bo to sobota i chciałem szybko w domu być z rodzinką i kulkiem.
Do pracy w decathlon-owym nastroju. Rano rowerem, aby wieczorem wrócić już es ka em ką. Rano znowu nie wiedziałem jak mam się ubrać. Niby nie było strasznie zimno, ale jeszcze organizm nie przestawił się na tryb zimowy i miałem wahania temperatur, a suwak skakał w górę to w dół jak jakiś sfrustrowany windziarz.
Ludzi na ścieżkach coraz mniej. Tylko rekiny finansjery zostają do zimy wszystkich zim. Niebawem pierwsze przymrozki zweryfikują ostatnich Mohikanów i zostanie tylko gwardia najsilniejszych dojazdowiczów do pracy.
Teraz wolę jechać z "rana" (jak mam na 13) bo wieczorem powrót powoduje że w domu jestem na dwudziestą trzecią i nie mam czasu na pogadanie z żoną i dzieciakiem. Jak wracam SKM to mimo wszystko do Dworca Kolejowego jadę te 2km rowerem, ale w domu jestem szybciej. Może latem jak zmrok zapadać będzie późną nocą zdecyduje się jeszcze na powroty rowerem, albo jak mnie najdzie chęć. Obecnie zostaje przy DOJAZDACH a powroty robię SY KY MY
O matko jaka pogoda, było mi za gorąco. Nie wiedziałem jak mam jechać. Tak za zimno, znów zapięty, za gorąco - nie wiem jeszcze jak się ubierać. Efekt taki, że i tak spociłem się jak mops...
Dojazd w ładnej pogodzie, ale w czasie pracy przeszła nawałnica z gradem. Co to za dziwna pora... nawet po tej nawałnicy zaczął nam dach przeciekać w sklepie i musieliśmy miski podstawić aby nie kapało.
Na dziale spokój. Przeniesiono nas w głąb sklepu bo główną alejkę niedługo zajmą zima i narty. Ma to swoje plusy, bo ruch na dziale mały. Choć pytaczy i pytaczek cała masa. Najbardziej lubię tych rozpinających. Co chwilę chodzę i zapinam kurtki. Wszystkie są porozpinane, jakby ludzie liczyli, że w środku nie wiem - znajdą jakiś skarb...
Na wycieczkę zabrałem canyona... wiało. Niby ciepło, a zimno. Jednak chyba bardziej zimno. Przeszywa wiatr. Załapałem się na słońce mimo, że wyruszyłem o czternastej. Potem do domu i spać. Reset sam się zrobił... wstałem a tu tak pochmurno...
Jesień idzie... zanim się obejrzymy będą przymrozki.
Dojazd na trzynastą. Miało być chłodno, grzeje. Pogoda ok, choć zapowiadają jakiś deszcz. Nie wiem czy popadaca. Znowu na sobie nie wiele w sakwie upchane na max. Ciężko rozeznać się w pogodzie. SKM na gdańskiej stoi 10 minut. Postanawiam jechać rowerem. Gubię szlak. Okopowa a potem nie wiem gdzie... wydawało mi się, że to blisko, a wyszło totalnie do zupy. Wpadam do pracy i mam 5 minut na ogarnięcie swojej zacnej osoby na wyjście do ludzi. Dobrze, że kilometrów więcej - statystyki urosną.
Wieczór to dla mnie nadal dość osobliwe przeżycie. Dawno nie wracałem z pracy po zmroku. Chyba jeszcze jak pracowałem u Kamila w Nieporęcie, ale tam nie było tak daleko i tylu rowerzystów po drodze. Osobliwe zachowania o 21:30 jak jadę. Na przykład dzisiaj pan sikał, pani kłóciła się z mężem o kota, a pan szedł w ręku z kołem od hulajnogi elektrycznej w ręku. Nie wiem jak on je wyrwał, był pijany. tylko kabelki sterczały.
Noc na tyle ciepła, że mimio trzech bluz, jechałem w krótkich spodenkach.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.