Księgowy | strona 158 | Księgowy

Borem lasem - czyli Mazowia MTB zimą! || 55.00km

Niedziela, 22 stycznia 2017 · Komcie(4)
Start w zimowym maratonie to był pomysł, który zagnieździł się w mojej głowie tuż po przejechaniu nocą Kampinosu. Jazda terenowa sprawiała mi wtedy przyjemność i pomyślałem, że zimą zmobilizować mnie do ostrego przetyrania po lesie, może tylko syty zimowy maraton MTB.

Pogoda zapowiadała się przepiękna. W okresie poprzedzającym maraton padał śnieżek, było na minusie i nawet sporo śniegu nagromadziło się w lasach... wszystko wskazywało, że będzie bajkowo i bez skazy. Pogoda zafundowała jednak zwrot o 180 stopni i w przed dzień maratonu była odwilż, a od kilku dni wstecz nocami minusy, i za dnia plusy. Efekt? Przepiękna gołoledź o poranku w dniu startu.

Ale po kolei...

Wyjeżdżam z domu dość wcześnie, bo na miejsce startu docieram rowerem. Do biura zawodów mam jakieś 10-12km. Szkoda było uruchamiać na tę okoliczność auto. Po drodze jestem zaskoczony, szklanką jaką spotykam na ulicach. Przecież miała być odwilż! Przecież do licha pada mżawka! A może to nie mżawka? W powietrzu wisi taka ni-to-mgła ni-to-nie-mgła. No nic to - spakowany ubrany, no przecież się nie wycofam. Pedałuje hardo przez Legionowo i z przerażeniem odkrywam, że jej wysokość przyczepność dziś wzięła sobie wolne no i generalnie nie ma jej, i żadna koleżanka jej nie zastąpi. 
Kilkukrotnie podczas jazdy po mieście na pasach czuje, jak mi kółko tylne lekko ucieka na bok. 

Biuro zawodów znajduje się nietypowo jakieś 800m od linii startu.  Najpierw załatwiam więc formalności. W szkole tłumy, jedni się grzeją inni czekają na swoją kolej do rejestracji, a jeszcze inni... siedzą sobie i już. Gdy odstałem swoje w kolejce, przyszedł czas na "rekonesans". Pedałując raźno z przypadkowo zapoznanym rowerzystą, gawędzimy sobie o zbliżających się zawodach. Klimat takich imprez mtb, to własnie ludzie. Nie znasz nikogo, a po kilku startach masz pełno kumpli. Jedziemy sobie więc obok siebie, plotąc trzy po trzy i nagle kolega znika... za chwilę znikam ja... Obaj leżymy! Na prostej drodze najzwyczajniej nas zdjęło! Na kosteczce "bauma" prowadzącej do linii startu, jest przepiękna gołoledź, a lód jest taki, że podniesienie się z "gleby" jest jeszcze większym wyzwaniem niż jazda w samym maratonie. Na czworaka, jak jakieś pijaki pełzamy do krawędzi jezdni.
- uważajcie tu jest.... - zaczynam widząc rozpędzonego zawodnika jadącego za nami na start. 
<łup> Kurfraaaaaaaaaaaa - słychać okrzyk
- UWAGA!!!!! krzyczymy już we trójkę
<łup> <łup> Kolejne osoby leżą...
Na kostce jest tak ślisko, że tego dnia leży tu jeszcze kilkanaście osób.
-  No to wprawkę w upadaniu na lodzie mam - myślę sobie. Udaje się jednak zebrać i dojechać na start. Kręcę się po okolicznych szutrach pokrytych śniegiem i sprawdzam dokładnie i metodycznie jak jest w lesie. W sumie śnieg jest chropowaty i odwilżowy, ale padająca mżawka na wydeptanych odcinkach sprawiła, że jest bardzo ślisko. Będzie więc sporo zaskoczeń na zakrętach. 


W czasie, gdy ja się rozeznaje Cezary przemawia, wita i opowiada o trasie. W skrócie - no będzie śnieg, ślisko i uważajcie:) Taa tyle to już wiem. Snuje się więc dookoła i robię sobie fotki telefonem. Sprawdzam ciśnienie w kołach i podpatruje nowinek sprzętowych. Nie tylko ja tego dnia jadę na sztywnym widelcu, jednak chyba tylko ja jadę na sztywnym widelcu aluminiowym. Reszta to przełaje i 29-tki z karbonowymi podkowami!



Wreszcie szykujemy się do startu. Ustawianie w sektorach i pierwsza lekka nerwówka. Szybko znajduje sobie wspólny język z "tymi na końcu" i gawędzimy na luzie, śmiejąc się z warunków w lesie. 

3....2....1.... poszli
No rusza w końcu nasz ostatni sektor. Jest wolno - za wolno. Kurcze, albo ja mam tyle siły, albo oni jadą jak niedzielni kierowcy. Hmm dziwnie... jadę gęsiego, a nie ma jak wyprzedzić, bo dwie koleiny zajęte, a mulda po środku to żywy lód. Grupa się rozpędza i wreszcie udaje się ustawić w jakimś konkretnym kilkuosobowym wężu. Strategia? Jechać swoje i obserwować tych przede mną. No i starać się nie popełniać ich błędów. 

Śnieg jest sypki, klei się i sypie z kół. Wozi tyłem, a prędkość skacze od 23-17km/h. Pierwsze odcinki to plątanina zakrętów i płaskie szybkie drogi leśne - rzecz jasna pełne śniegu i zdradliwego lodu. Na kilka łukach wyczuwam co i jak. Wnioski... uważać, szeroko brać zakręty...i  jeszcze raz uważać. Pod śniegiem są patyki, korzenie, które pokrywa warstwa lodu. Nie widać ich czasem, bo czołówka tak zmieliła śnieg, że klękajcie narody. Czuć jakbyśmy jechali po kaszy mannej. Jedna osoba przede mną leży. Omijam...  druga wywija kozła...
- okej?
- taaaaa 
Jadę dalej... grupa się szarpie. Nie mam jak wyskoczyć do tej widocznej dalej przede mną, bo blokuje mnie kilka osób. Nie ma warunków do przeskoczenia. Kurde, tamci coraz dalej, a ci przed kołem "modlą się" jak na drodze krzyżowej.
- No dalej - myślę w duchu, dodajcie do pieca bo wam odejdą! A to długi prosty odcinek! Ludzie początek jada bardzo zachowawczo!
Próbuje ataku, ładuje środkiem i pruje w śniegu zaoranym przez innych Miota mną jak szatan! Udaje się przeskoczyć pątników i jadę ile sił, aby dogonić tych kilka osób co jechało przed nimi. Cisnę cisnę i nic! Zakręt, ajj za ciasno... drugi... za szeroko.... Kurde skup się Księgowy! Nie da się tu jechać na pamięć. Czuć jak rower oszukuje. Jeden łuk robisz, a drugi cie wynosi tak że musisz wykopywać się ze śniegu po kostki. Nie daje za wygraną. Jadę sam. Pątnicy już daleko za mną, jeszcze chwila i znikną z pola widzenia. 

Wolny Elektron!

Zaczynają się górki. Kilka fajnych singli. No wreszcie coś się dzieje. Lubie technicznie, lubię wspinanie się, długie ścieżki i między sosenkami. Niestety wspinaczka, to korzenie, korzenie to lód, lód to...
- podparłem! Uff nie przyziemiłem. Adrenalina skoczyła do bardzo wysokiego poziomu. Resztę podjazdu muszę wbiegać, bo nie ruszę w tym śniegu i takim nachyleniu. Korzeni nie widać, a wbieganie po nich utwierdza mnie w przekonaniu, że są cholernie śliskie. Wreszcie jest - szczyt wydmy. Wskakuje na siodełko! Jadę po grzbiecie, ale po gonionej grupie sprzed pątników, ani śladu. Jadę więc "solo". Nie oszczędzam się, ale nie mam punktu odniesienia, czy doganiam, czy zostaje. To w maratonach jest najgorsze. Albo jedziesz z grupą, albo przeskakujesz do tej z przodu. Zostanie wolnym elektronem jest najgorsze. Nie tak łatwo narzucić sobie reżim i dokręcać. Prędkość w takich warunkach nie mówi ci nic, poza tym jak bardzo beznadziejnie ci idzie. 

Wreszcie zjazd. Szybko, bardzo szybko. Puszczam po korzeniach shannon - niech szaleje. W zasadzie prawie lecę nad tymi korzeniami. I tak sobie kombinuje, jak zahamuje to leżę, jak nie zahamuje to... w końcu i tak mnie dziołcha wyłoży. Decyduje się na kompromis. Kilka przyhamowań dla zredukowania prędkości i kilka zjazdów w głębszy śnieg. Prędkość lekko spada i udaje się zjazd pokonać bez gleby, choć kilka pni drzew na zjeździe - tez przepięknym singlem - było bardzo blisko moich barków. Za blisko!

Nadzieja

Z oddali widać kurtkę fluo. Jest i on. Albo i ona. Nie ważne, w takich chwilach biorę wszystko! Czy to chłopak, czy dziewczyna. Jest ktoś! Jest punkt odniesienia. Pracuje, aby punkt "zjeść" i wyminąć. Nie jest to takie łatwe, bo trasa robi się interwałowa. Sporo wydm "robimy" w poprzek i podjazdy są po kilkanaście procent. Podjeżdżam, ale on/ona też. Jak wjeżdżam na szczyt wydmy - punkt jest już w oddali. Cholera - No! Dokręcam! Dokręcam i... mam go. To facet. Chłopiec znaczy się. Mężczyzna. Na jakimś tam rowerze. Łapie koło i młócę za nim. Kręcę w ciszy. Łapię oddech, ale... Kurka, no nie moim tempem jedzie. Pozdrawiam kolegę i wyprzedzam gościa Znów jestem na solo. Kilka pagórków jedzie za mną, ale potem gdzieś znika. Czyli decyzja o przeskoku była dobra!

 Patykolandia

Znów jestem sam. Tym razem nie długo, bo dostrzegam rowerzystkę. Tak widać, że to dziewczyna. Róż i błękit, i włosy spod kasku. No to znów pracuje aby ją dorwać. Nie daje się. Gdy wreszcie udaje się ją dogonić. Jestem umęczony, jak jakiś Poncjusz Piłat. Jedziemy we dwójkę spory kawałek. Raz ja, raz ona przede mną. Zmieniamy się na prowadzeniu, ale nie ma to sensu, bo trzeba trzymać odległości i bardzo uważać. Jak kto rypnie, dobrze jest nie rypnąć w niego - lub w tym przypadku NIĄ. Na jednym ze zjazdów ja idę prawą, a ona lewą. Słysze trzask i chrobot. Już wiem, że leży, ale nie mogę się teraz odwrócić bo pędzie 28km/h ze stromej wydmy. U podstawy staje i krzyczę do niej:
- cała? 
- tak tak. Już się zbieram. Leć leć!
I ruszyłem. Widziałem, że już wsiadała na rower, więc liczyłem, że mnie dogoni za chwilę, ale nie dogoniła i znów jestem na solo. 
Na jednym z odcinków trasa wiedzie poprzez wyciętą polane drzew. Pełno gałęzi, korzeni, pieńków i zaoranego pola przez leśne traktory. Odcinek ma niecałe pół kilometra może więcej, ale męczy mnie okrutnie. Trzeba spiąć całuy organizm bo rower robi co chce. Co korzeń kierownica odskakuje w bok, trzeba mocno trzymać . Trzęsie mnie jakbym po schodach jechał, a tylne koło wybiera wolność i robi taniec mrozu. Jadę ten odcinek, wolno ale bez upadku. Kosztuje mnie jednak sporo sił i po nim odczuwam kryzys. Nie mam kogo gonić, więc redukuje i jadę spokojniej. Trzeba uspokoić tętno, trzeba się pozbierać. Popijam z bidonu lodowate już picie. Zęby reagują bólem. Dla wprawy spróbujcie kiedyś wypić kole z MC donalda z lodem duszkiem! No u mnie to tak wygląda. Pić muszę, bo słabnę, ale jest to tak zimne to picie, że więcej zadaje mi bólu niż gasi pragnienia.

Padam do stóp jaśnie księcia!

Udaje mi się pozbierać swoje tętno z podłogi i odżywam. Znów czuje że mogę jechać, a płuca już tak nie bolą od oddechu. Znów jakieś osoby przede mną. Tym razem ich dojście to mozolna praca. Nawet się nie spinam. Są daleko, ale wolno się do nich przybliżam. Wreszcie mam... i grupę i bufet. Kuźwa, akurat jak grupę złapałem.
Kryzys ma się świetnie i czuje że nie odszedł daleko, więc staje i łykam picia izotonika. Ciepły? W życiu - lód! Banan? No ale jak w rękawiczce go zjeść,  no i pewnie zamarznięty? Popijam więc tylko szybko z kubka IZO i lecę. Grupa mi uciekła. Nie stawali na bufet. Trudno ich strata!

Na 3,5 kilometra przed metą, stoi wóz Maziowi. Jest rozstawiony na łuku w lewo i zagradza drogę na wprost.  Poznaję ekipę z którą pracowałem kiedyś przy organizacji tych imprez. Witam się okrzykiem z oddali. Machaja mi i kibicują. Pytam ile do mety i... padam do ich stóp! Na zakręcie ucieka mi koło i rąbie kolanami o glebę. W żywy lód! Aż mi się ciemno w oczach zrobiło. Lewy łokieć, lewe kolano... Na chwilę tracę oddech bo huknąłem też tułowiem.
- kufra Adaś... żyjesz? - kolega podbiega do mnie. Chce mi pomóc wstać, ale ja mam chwilę dla siebie. Musze skupić się, bo ból promieniujący z kolana jest przerażający. Łokieć mu wtóruje, a zamknięte oczy pozwalają mi choć częściowo okiełznać ten chaos w mojej głowie. 
- eee taaa. Spoko... - cedzę i szybko prostuje się na równe nogi. Nic nie chrupie - kolano nie złamane. Zginam rękę - działa - uff łokieć cały. 
- ale wypierd... aż huknęło
- no czułem...Dobra lecę dalej!
- napewno ok ?
- taaaa
To ostatnie słowo nawet mnie samego nie przekonało, a kolesi z obsługi, chyba już najmniej. Jadę, ale boli mnie kolano i łokieć. Jadę wolno, aby ocenić straty, czy nic nie puchnie, czy nic nie krwawi. Jest w miare ok, a zimne powietrze szybko ostudza zbite miejsca i jedzie się ok. Nie szaleje już, bo nie chce pogorszyć sytuacji. DO mety dojeżdżam w swoim raczej wolniejszym tempie. Uśmiech i ostry finisz na pedałach na końcu. A co niech foto mają pożywkę!



Maraton:
Super sprawa, super zabawa, trzeba uważać. Warunki były bardzo zdradliwe i w wielu miejscach nawet najlepsi leżeli. Tu o wyniku i o tym czy do kogoś "dojdziesz" w pogoni, świadczyła nie prędkość, a technika. Bo można było na pałę szybko, ale do pierwszego błędu! Kilka osób widziałem, jak leciały przez kierownicę, a kilku zbierało przerzutki z szprych bo redukowali za szybko przed podjazdami. Jazda w śniegu i lodzie to inna para kaloszy! Specem od snow mtb nie jestem, ale uczę się szybko - choć jak pokazuje przykład czasem boleśnie;)
Wynik
Podium jest - żart. Byłem 3 od końca w swojej kategorii. Łapie się w M2 jeszcze, więc młode dwudziestoletnie koksiki mnie objechały. No ale podium "wirtualne jest". A tak na serio - to wynik nie powala.
Czy żałuje? Nie - było fajnie, a efekt pracy mojej zimowej nie był nastawiony na jazdę tak intensywną. Maraton miał być zabawą i miał na celu poczucie nutki rywalizacji. No i dobrze przy okazji się nie połamać, co mi się udało! Siniaki są, zbicia są - no ale co to za wojna bez ran!

Przepaliłem się, zmęczyłem i to się liczy! Sezon startów na shannon - rozpoczęty. Maraton podróżnika już niebawem! 




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Malowanko i szuranko || 30.00km

Czwartek, 19 stycznia 2017 · Komcie(6)
Zaległy wpis z dojazdu do pracy umieszczam, a jednocześnie wrzucam wam kilka fotek z prac nad ramą.

Aby nie poświęcać czasu w pracy, przyjechałem wcześniej o godzinę i mozolnie  rzeźbiłem. Nadgodziny przyniosły efekty, które opisuje poniżej. 

Najpierw usuwanie lakieru. Idzie opornie, a sam środek do jego usuwania, wcale nie działa tak magicznie jak pokazują filmiki. W ruch poszedł dziś wspomagacz elektryczny i szczotka druciana oraz kilkanaście obrotowych papierów ściernych. 





Środek do usuwania lakieru niestety nie usunął też naklejek, toteż po zejściu warstwy lakieru dookoła nich. W ruch poszła obrotowa szczota druciana i szorowanie naklejek w celu ich usunięcia. Pod spodem lakier nietknięty, więc zabawa od nowa.

Po usunięciu lakieru, doszlifowywanie miejsc newralgicznych - do momentu aż mi się cierpliwość skończyła. Podkład pokryje niedoskonałości i wyrówna je. Ponadto - sam podkład będzie kładziony kilkoma warstwami i też zmatowiony. 





Przez cały dzień miałem w firmie sporo pracy, więc rama czekała na czas "przed pracą". Udało mi się wyrobić z obowiązkami rodzinnymi i przyjechałem przed pracą godzinę. 


Przetarłem podkład i ramę kilkoma gradacjami papieru ściernego, a potem dokładnie umyłem i odtłuściłem. Niestety popełniłem jeden zasadniczy błąd. Zapomniałem, że w sklepie przez noc było chłodno i rama się wyziębiła. W kominku niby już już huczało, ale aluminium się jeszcze nie nagrzało równomiernie.  Położyłem powłokę lakierniczą koloru zbyt szybko. Całe szczęście tylko pierwszą warstwę, ale w miejscach, gdzie aluminium jest grube i nie zdążyło się nagrzać, powstała pajęczynka. Te miejsca będę więc jeszcze poprawiał, matowił i usuwał, gdy będę kładł kolejne warstwy lakieru. 

Dobra równomierna powłoka na cienkich cienowanych rurach ramy...


Główka ramy z grubszego aluminium nie przyjęła lakieru w taki sposób, jaki bym tego chciał...


Kolejne etapy malowania dopiero po weekendzie pewnie, bo jeszcze dwie warstwy lakieru muszę położyć a na wszystko razem, bezbarwny!








Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Do pracy - w lesiem jedziem || 30.00km

Wtorek, 17 stycznia 2017 · Komcie(6)
Kategoria Do pracy!
DO pracy dojazd po ambitnym rowerowym weekendzie. Przełaj rozebrany, wiec poruszam się Shannon. Czekam i doczekać się nie mogę na środek do usuwania lakieru. No cóż, nie ma co się niecierpliwić - pewno przyślą...

Projekt NOKIA o jakim mówiłem jakiś czas temu, sprawia nieco trudności. Mam nową baterię, ale trzyma ona ledwie jeden dzień, a dedykowana pojemność to 1350mAh kupiłem drugą, już stacjonarnie i jest to samo...

Podejrzewam uszkodzenie telefonu. Na tych temperaturach nawet jak dzień wcześniej naładuje to już następnego dnia jest "bateria rozładowana" Wkurzyłem się, bo chciałem reanimować stary telefon, a nie powiodło się to.  Pomyśle, co z tym fantem zrobić, na razie lecę na power banku a jedną z dwóch baterii będę musiał oddać. 


Z ciekawszych spraw, to mam zamiar niedługo wystartować w zimowym maratonie MTB , liczę, że będzie zimno i śnieg, to będzie fajna zabawa. 



Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

ETapowo - WOŚP || 40.00km

Niedziela, 15 stycznia 2017 · Komcie(1)
Kilka etapów miała moja jazda w ten weekend. Najpierw w sobotę pojechałem autem do pracy. Nie miałem czasu i chęci na rower, poza tym, plecy jeszcze mi doskwierają po ostatnich rewolucjach śniegowo - dostawczych. Roboty co nie miara w pracy, bo zatowarowanie, układanie, liczenie i sprawdzanie z fakturami a do tego codzienne latanie z łopatą...

Po powrocie do domu, kurs już rowerem do SKM i kierunek plac zamkowy i Pałac Kultury - odebranie pakietów na bieg/przejazd WOŚP. 
W drodze powrotnej dostaje SMS, że Agusia chce tortille z KFC to jadę... jadę rowerem, bo najbliższe KFC i i najbardziej m po drodze, jest na Modlińskiej. Po drodze spotykam chłopaka na rowerze i tak jedziemy ścieżką i się nawzajem doganiamy i przeganiamy. Wreszcie gadamy na jednych ze świateł i okazuje się, że on też z Legionowa jest. Potem już wspólnie pedałujemy drogami. Ja do KFC, on mknie dalej do Legionowa. Stoję troszę na Drajvie i czekam w kolejce. W środku restauracji FULL.

Wracam do domu zrąbany jak drzewo w lesie!

Niedziela to od rana kanonada syna. Pobudka 5 z minutami, potem jakieś tam przerywane spanie, i nie wiem gdzie dzień, a gdzie noc. Młody ząbkuje i ma czasem fazę na marudzenie po obudzeniu się, przez godzinę, a czasem dwie. Ja ledwo kontaktuje - Agnieszka lepiej ogarnia. 

Wstajemy około 7:30 ubieranko pyszna kawa super mocna i na spacer - rowero-spacer.

Początkowo bąbelka ciągnie Aga - ale potem ją zmieniam, bo w lesie sporo śniegu i ciężko jej. Ja mam 29 cali opony, więc idzie mi nieco sprawniej. Po prawie godzinnym turlaniu się po lesie w kopnym śniegu, wracamy do domu. Szybkie przebieranie, zmiana w blokach i dziadki przejmują wnuka - nienacieszeni nieomal nam go wyrywają i wypędzają nas z domu. Ok mamy wolne! Jedziemy na WOŚP






Rozgrzewkę prowadzi Mandaryna, tym razem tylko tańczy, a nie śpiewa... jakoś ta rozgrzewka bez polotu. No cóż ważne że jednak sie ruszaliśmy. Liczy się bieg! Liczy się impreza liczy się cel pomagania!



W trakcie biegu i przejazdu obrywa się chmura i na Warszawę spada śnieżyca. Sążniście pada. Zanim dojeżdżamy do mety jesteśmy biali od przodu, boku i góry! Z każdej strony! Na zdjęciu powyżej jeszcze bez śniegu, a za chwilę:


Tak padało już po odberaniu medali i przez poprzednie pół godziny i następne pół - podobnie! No zadymka na całego. A dookoła wesoło, śpiewy ludzie pozytywni! Nie czuć tego śniegu! Klimat tego miejsca powala na kolana!

Szkoda, tylko, że jak co roku Mennica POLSKA i Poczta POLSKA, policja i  inne służby państwowe nie ustawiły się pod sceną... czyżby zalecenie odgórne władz? Mennica co roku biła monety na ten cel i były do kupienia, poczta wydrukowała znaczki... a teraz?

Teraz jak zaczynał się bieg, ustawiła się grupka zwolenników kościoła z bannerami i z wielkich megafonów w kółko trąbili o aborcji i o mordowaniu dzieci. Pokazywali jakieś zdjęcia usuniętych płodów i skandowali coś przeciw WOŚPOWEGO. Oczywiście ochraniała ich policja, bo by w dziób dostali może... kto wie;) Generalnie, ze sceny Jurek Owsiak i Irek Bielenik skutecznie rozgrzewali i zagłuszali przeciwprostest. 

Było fajnie, choć przemarzłem strasznie bo mimo, że pogoda na granicy zera to przejazd  sumie był wolny, a odczekanie w kolejce do WC, czy po odbiór medali, skutecznie chłodziło atmosferę;)

POLECAM - POMAGAM!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Przygotowania do malowania || 0.01km

Piątek, 13 stycznia 2017 · Komcie(4)
Dziś rozebrałem rower na części pierwsze. Wiele z nich wróci w niezmienionej postaci, pancerze i linki zdjąłem tak aby założyć je spowrotem. Całość rozebrania roweru zajęła mi 30 minut. Miałem wszystkie dostępne narzędzia, w tym ściągacze do kirob i klucze do supportu - to support najwięcej kłopotów sprawił. Zapiekł się nie mało!


Rower wymaga czyszczenia, więc przy składaniu będę miał okazję wyczyścić każdą część.


Piwoty wykręcone. Poszukam jakichś zaślepek i po malowaniu je zabezpieczę. 


Rama ma troszkę lat, więc poza usunięciem lakieru, będę musiał ją wyrównać papierem i zniwelować wieloletnie rysy i zagłębienia. 


Niestety tą naklejkę, też będę musiał usunąć. W planie jest już projekt naklejek pod lakier, jutro wyślę wektory do firmy robiącej naklejki wodne. 


Rama prawie gotowa to usuwania lakieru. Tylko przetrzeć z brudu i jak tylko środek usuwający do mnie dotrze, zaczynamy usuwanie. 

Lakier zakupiłem samochodowy metalik nabijany w areozolu + szary podkład gruntujący. Na całość położę naklejki i bezbarwny.
Jeśli czas pozwoli za tydzień rower będzie gotowy do jazdy. 

Kolor to burgund - wiśnia, jak u Jurka na zdjęciu w komentarzu. 

Srodek do usuwania lakieru to Troton paint Remover. 




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Jaki kolor? || 30.00km

Czwartek, 12 stycznia 2017 · Komcie(10)
Wczoraj to było - zimno mi było - ciemno się robiło... I tyle w temacie!

Szykuje się do podejścia lakierniczego. Zimówce chcę zafundować jakiś kolorek. Poza tym chciałbym sprawdzić się jako artysta malarz - pozdrawiam z tej strony usera: malarz;)

1 - zrobie ramę czerwoną... 
2 - zrobię ramę w ciemnej wiśni jak dawnie fiaty 125p
3 - myślałem, też o błękicie - niebieski taki... no niebieski:D
Może mnie natchniecie do jakiegoś szaleństwa? Pamiętajcie Wideł zostaje czarny!




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Do pracy - Projekty Multimedialne! || 30.00km

Wtorek, 10 stycznia 2017 · Komcie(10)
Wokoło trabią o tym smoku, jakby był od niedawna. Nagonka na to teraz taka, że nie wiem, a o paleniu w miejscach publicznych nikt nie trzepie tyle! O paleniu i kosztach zdrowia związanych z paleniem ćmików - tez mniej. Ktos musi chyba zarobić na tych piecach czy coś... Czuje to eeeeee - nosem.

Do pracy w niedoczasie, bo rano załatwiałem reklamacje z decathlonu oraz zawiozłem biednego piekarnika na leczenie bo bidulek przychorował i grzać nie chce, a tak być nie może! Wiadomo na rowerze piekanrnika wieźć nie bede więc pojechałem autem z samego rana. Ślisko na ulicach zwłaszcza tych bocznych, a jazda po zalodzonym parkingu koło znanej marki sklepów z owadem, to wielka jedna jazda figurowa na lodzie. Dobra przyznam wam się na kilku zakrętach złapałem  za ręczny:P Ale przysięgam był to koniec parkingu i nikomu nie zagrażałem!

W domu w te pędy przesiadka z auta na rower. I znów wio do pracy. Na mrozie przyjemnie, choć uda lekko podszczypywały. Mróz i tak zelżał, bo rano tylko - 10 pokazywało. Na miejsce dojechałem o czasie za to z aura malowniczą do bólu!
Przy bramie stał już bus, a to oznaczało jedno - dostawa! Jeśli są osoby myślące, że tylko się obijam zimą, to zapraszam ze mną na rozładunek. Na raz 98 rowerów przewalić z ciężarówki do piwnicy i je układać. Masełko - miodek! W mrozie czułem jakby paliło słońce 30 stopni - tak mi ciepło było. 

Gdy już dostawa była ogarnięta, wysyłka przygotowana, kurierzy pozamawiani, to zasiadłem do jakichś tam swoich duperelek. Na warsztat trafiła tym razem sakwa od Krossa. Bardzo jestem z niej zadowolony i polecam ją (lub takiego rodzaju) sakwę, każdemu. Ale do rzeczy! Jej zalety to podręczność, wszystkiego co ma być podręczne. Od telefonu na maratonach, po cukierki, batoniki, żelki, aparat fotograficzny i te pe i te de. Wiadomo nie wszystko na raz tam wlezie, ale nie o tym chcę wam opowiadać. Jej minusem, była miękka dolna cześc. Zapinanie rzepami powodowało, że sakwa się jakby "owijała" wokół rury poziomej. To w pewien sposób marszczyło ją no i zmniejszało jej pojemność. Postanowięłem wzmocnić  dno i ze zutylizowanej sakwy crosso wyciąłem kawałek plastiku, który okleiłem takim a`la, velurem znanym wam już z budowy mojej szarej sakiewki na kierowncę. 





Teraz dno sakiewki jest sztywniejsze i sakwa nie owija się tak wokół rury.

Planuje rozbudować funkcjonalność tego akcesorium i w sakwie będę woził powerbank. Będzie on  dodatkowym zasilaniem dla telefonu. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że jestem w trakcie reanimacji starej NOKII z super aparatem (jak na starych telefonów warunki)

Po 6 latach bateria wcale się nie uruchamiała, więc zakupiłem nowa baterię - o dziwo sporej pojemności 1250mAh - , oraz kabel transformujący zasilanie USB na zasilanie nokii (bolec).  



Mam nadzieje, że efekty zdjęciowe zobaczycie w tym tygodniu. Telefon będzie moim podręcznym urządzeniem do komunikacji oraz fotografowania podczas jazdy. Jak pewnie wspominałem - Solid poddał się;) A zastępczy samsung jest ok, ale jakośc zdjęć jest porażająco niska. Nie zawsze chcę też zabierać ferrari. 


Żeby nie zostawiać was z niedosytem rowerowym - powiem coś na temat mycia roweru zimą i jego smarowania. Taka dyskusja wywiązała się ostatnio z Kataną na portalu społecznościowym. 

Wszystko sprowadzało się do pytania Katany, jak smarować aby smar nie brudził, i czego używać w zimie, aby nie rdzewiał łańcuch.

1. Smaruj na czysto!
Zanim posmarujecie łąńcuch dobrze jest go wyczyścić. Nie móię tu o kąpieli w benzynie (jesli nie trzeba), ale o zebraniu nadmiaru osadów z łąńcucha. Dobrze jeśli łańcuch będzie pozbawiony całkowicie starego smaru przed nałożeniem nowego, ale to warunki idealne w zimie - trudne do spełniania.
2. Mało znaczy Dużo
Nie lejmy smaru na zapas, bo natura i grawitacja odbierze swoje. Jak utopimy łańcuch w smarze to efekt bedzie taki że większośc przeniesie się na zębatki, kółka od przerzutek a cały rower nabierze chętki na spożywanie piasku z ulic i podczas kolejnego smarowania stwierdzimy "gdzie ja go tak ubrudziłem/am"
3. Zjadłeś wytrzyj buzię!
Pamiętajmy, że po smarowaniu należy:
a) zmienić biegi kilkukrotnie aby łańcuch popracował na zębatkach - sprawi to, że lekko powygina się i smar wnikie do środka ogniw.
b) wytrzeć łańcuch! Tak, po smarowaniu, mamy go wytrzeć ze smaru! Serio! Smar co miał wniknąć w łańcuch wniknął, nadmiar zbieramy. Gwarantuje że tego "tatałąjstwa" wylezie jeszcze sporo nawet po przetarciu. Nie pucujemy już smaru detergentem tylko czystą - niezapiaszczoną szmatą zbieramy nadmiar oleju.
4. czym?

No są szkoły mówiące, że smarem rowerowym! Smary motocyklowe nieco inny skłąd mają i pod innymi obciążeniami działają. 
generalnie smary możemy podzielić na rodzaje:

WET - MOKRY
DRY - SUCHY
DRY WAX - Suchy wosk
PREMIUM/PERFORMANCE/MADAFAKA - czyli chuck norris i wszystko co naj!

Suche - Smary dość rzadkie, płynne, jak woda. Mają konzystencję bardzo lejącą. Dobre na suche warunki, bo nie brudza łańcucha ale szybko się wypłukują  w deszczu i wodzie.

Wet - Smary gęste. Takie w konsystencji przypominające oliwę spożywczą. Dobre, bo gęste, solidnie smarują, ale łatwo z nimi przesadzić i zapaćkać smarem łańcuch. Ciężko się je wyciera, ale za to długo starczają. 

Dry Wax - to coś jakby zawiesina oleju i cząsteczek wosku. Należy je bezwzględnie przemieszać przed smarowaniem. Tworzą zawiesinę koloidalną, które dyfrakcjonuje się od długiego stania. Wosk pływa a olej na dole. Smary bardzo dobre na suche warunki, Efektywne, ale podobnie jak DRY szybko wypłukuje je woda. W lato i ciepło - bardzo polecamZ!

Premium/ultimate - w sumie pewnie chemia inna i są super, ale... rzadkie jak dry wax i dry co za tym idzie za rzadkie (jak dla mnie na zimę i pluchę śniegowa.

Podsumowanie - kto nie smaruje nie jedzie. Lepiej posmarować deczko za dużo niż nie smarować wcale! Pamiętajcie, że ile byście nie smarowali, napęd raz na jakiś czas zwłaszcza w zimie trzeba czyścić. Kupno szczoty ryżowej w markecie budolanym, wiaderko z detergentem - może być ajax lub cokolwiek co rzekomo usuwa tłuszcz. No i szorowanko kasety i zębatek, a przede wszystkim dłubanie w kółkach od przerzutki, to one jako najmniejsze zębatki w rowerze zbierają syf i obklejają się brudem. Co bowiem z tego, że umyjecie łańcuch jak brud będzie miał zapas na kółeczkach?

Myjka ciśnieniowa - ostrzegam! Można, ale nie lejcie poziomo w piasty i łożyska dobra do mycia z dużej odległości i mycia ramy. Opłukanie roweru z syfu pomoże, ale nie radzę bez wprawy myć tym kasety i napędu, bo wasze piasty zaczną jęczeć i czeka was serwis bardzo szybko. Lepiej poświecić 40 minut na pucowanie ręczne w piwnicy, niż raz spaprać sobie łożyska myjką i użerać się z suportem co rzęzi i stuka!


Ufff - kto dotrwał do tego miejsca wpisu - dostaje wafelka!




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

DO pracy - Zimno i ślisko~! || 30.00km

Poniedziałek, 9 stycznia 2017 · Komcie(8)
kilka rowerowych porad, jak zimą nosem ziemi nie zaorać...

Ostatnio mniej jeździłem w weekend, ale nie zmienia to faktu, że jak ostatnio co roku, zima przychodzi u nas w okolicy 15 stycznia. Choć krótsza i mroźna, to tak samo niebezpieczna. O tym, żeby nie upijać się cydrem na mrozie i nie spać pod altaną śmietnikowa chyba nie muszę pisać, za to o jeździe zimą w ten słoneczny poniedziałek - wspomnę kilka słów.

Pacz na drogę i bądź zauw-pacz-ony.
Czyli oświetlenie, odblaski, kamizelki frędzelki i ledy! Do znudzenia powtórzę, lampa nie tylko na plaży w lato i na solarium, ale zimą OBOWIĄZKOWO! Przednia i tylna. Będę was wyśmiewał, gnębił, linczował i zrobię wam wojskowa falę, jak będziecie po zmroku bez oświetlenia pomykać.  Zimą tym bardziej, bo droga hamowania aut jest sporo mniejsza, a ludzie w samochodach - jakoś tak - zapominają o rowerach gdy zimno i ble.

Ubranie.
Ma być ci ciepło - KONIEC.
Co tu pisać, ot każdy wie co lubi. Jedni lubią brunetki, inni większe cycunie, a jeszcze inni super anorektyczki. Cokolwiek stosujecie i wam ciepło i podoba - jest ok!

Jazda!
No własnie kilka słów o samej jeździe. Zima to okres, gdy jest zimno. Dziękuję do widzenia. ;D
A nie zaraz to chyba wiecie. Co jednak z tego wynika? Organizm zużywa więcej energii na ogrzanie mięśni, zjada kalorie nawet jak wam "nie zimno", żeby wam nie było zimno.  Nogi chodzą trudniej, szybciej się męczymy - bo smok, smog, dymy i zamglenia. Poza tym, aby się ciepło ubrać, ważne jest, aby organizm zmotywować do ruchu. Co za tym idzie. Liczy się jakość a nie ilość.  Porzućcie swe endomondy statsy i śmatsy - zimą 30km to czasem wysiłek godny sążnistej 50 tki latem. A jak dodamy do tego wiatr to klękajcie narody. 

Pedałowanie dobrze jest przeprowadzać na niskich biegach. Robić większy młynek. Zobaczycie, że cieplej - to raz, a dwa że nogi wam tak marznąć nie będą. Zamiast na 3x6 jedźcie 3x5! Na początek! Prędkość spadnie nieznacznie, ale za to kompensacja energii będzie lepsza. No bo nie ma nic gorszego od przemarznięcia kolan ścięgien itp.

Dobrze jest przed wyjazdem rozgrzać się. Można sobie potruchtać, albo pierwsze 2 km jechać na jeszcze większym młynku. Nie katujmy kolan od początku na wysokich prędkościach. Jedźmy sobie 15km/h mieląc jak chomik, a zobaczycie, że potem o wiele lepiej nasze nogi zniosą ewentualne podjazdy, czy przyspieszenia.

Dobrze jest zimą mieć coś ciepłego do picia. Wiadomo z powietrza się ciepło nie weźmie. A organizm to wszak pompka ciepła, ale jak mu dodamy gotowego ciepłego wlewu, w postaci herbatki, czy nawet rosołku - to od razu poczujemy się jakby ktoś nam kroplówkę z protein zrobił. 

Jazda po lodzie.
Tu eopoeja powinna być i 4 strony A4 opisu, bo wiele lodu widział naród rowerowy. Nie będę was tu pouczał, po prostu sprowadzę się do kilku - jak to się teraz po amerykancku mówi - TIP`ów, jak jeżdżę ja.


Ciśnienie.
Jak to mówi mój wujek - sędziwego wieku - gdy mu nakładamy obiad - "łyżkę mniej, łyżkę odejmij". I wy odejmijcie łyżkę z opon! W sezonie macie 3 atm w góralu? Zejdźcie do 2 w przełaju macie 4atm zejdźciie do 3. Nie ma co szaleć z jazdą na kapciu, ale lepiej "rozplaćkana" opona na śniegu, lodzie, daje wiele komfortu zarówno wstrząsowego, jak i psychicznego. Nie przeginajcie jednak bo dobicie opony na krawężniku i kapeć na mrozie to nie to o co nam biega...

Ocenić sytuację
Dobrze jest mniej więcej mieć świadomość po czym się jedzie. Za dnia łatwiej nocą ciemniej i trudniej. Ja sobie zwalniam prawie do zera i gdy nie jestem pewien co pod kołami, robię mały test hamowania tyłem. Wolno zaciskam klamkę !TYLNĄ! - żbyście czasem nie próbowali heblować przednim!!!!  i sprawdzam jak koło się blokuje. Odradzam te testy gdy macie pewność, że lodowisko na ulicy i gdy za wami sznur kochanych cierpliwych kierowców. Nie ma wszak nic fajniejszego, jak sążnista gleba wprost pod koła suzuki grand witara czy innego suv`a. 

Jadę... jadę... jaaaaa pierdooooooooole....

No właśnie, czasem jest tak, że już wiemy, że lód, wiemy, że ślisko, i wiemy gdzie mamy jechać. Planujcie manewry. Unikajcie gwałtownego hamowania, lub hamowania wogle. Szkoła bezpiecznej jazdy skoda - czy coś tam - jedziesz chcesz zwolnić, puść gaz! Przy niskim cisnieniu śniegu i mrozie rower zaskakująco szybko traci prędkość. Gdy musicie się zatrzymać, odpuśćcie korby a rower stanie. 

Prosto jedź w drogę pacz!
Podstawa - obserwacja. Nie ma co jechać na pewniaka, zimą trzeba widzieć wszystko z wyprzedzeniem. Przejazdy, skrzyżowania, dziwnie idących pieszych, auta wyjeżdżające z bram, czy nawet zaparkowane na włączonym silniku. Połączenie naszej obserwacji z tym co może nas spotkać pomoże nam nie przyziemić przy pierwszej jeździe po mieście.

Kolce 
Przereklamowane! Moje zdanie takie - kupę kasy opony z kolcami kosztują a wykorzystanie ich to 2-3 tyg w roku, no chyba, że planujecie wyprawę w góry rowerem i zjazdy z zaśniezonych dróg w tatrach spod Morskiego Oka czy Łysej polany. W Mieście, fakt czasem się przydają, ale moim zdaniem taniej i lepiej, jest kupc najtańsze grube klockowane opony enduro z bieżnikiem jak traktor i spuścić cisnienie, niż inwestować w cienkie oponki shwalbe za 150zł sztkua. 


Jeśli moje rady kogoś olśniły - to się cieszę, jesli wy macie jakieś swoje sprawdzone metody jazdy po lodzie w mieście - napiszcie. Człowiek ciągle się uczy!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

nocą po lesie i w mrozie - głębokiej czerni głęboka głębia! || 12.00km

Sobota, 7 stycznia 2017 · Komcie(4)
Wycieczka w kompletnej ciemności po lesie. Pojechałem do Choszczówki i spowrotem. Las cichy spokojny, tylko ja i lampka. Tylna wyłączyłem, byłem cieniem. Śnieg zamarzł ludzie rozdeptali i jechało się koszmarnie ciężko. Rypałem po tych bruzdach jakbym po jakichś wielkich korzeniach jechał. Prędkość 9 km/h do tego lampka oświetlająca drogę było - nie powiem - zjawiskowo. 
Odkąd nocami jeżdżę do lasów, czuje się tam inaczej - bezpieczniej. Człowiek ma wrażenie takiej integralności z naturą. 

Jak się umęczyłem, zgasiłem lampkę ukucnąłem sobie i nasłuchiwałem lasu odparowując nadmiar wygenerowanego ciepła. Jest się samotnie w lesie... nikt o tym nie wie. 

To jak nurkowanie  - schodzi się na dno i słychać tylko ciszę... tylko my i głębia. Las ciemny!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew