Wycieczka po okolicy – cel? Odpocząć po wczorajszej prawie
setce i zregenerować się. Nie duża pętla również po lasach i białych leśnych
drogach z dodakiem pierwiastka KOT.
Spotkany puszak tak się łasił, że… no sami widzicie – musiał
jechać z nami. Były też frytki na stacji i oglądanie telewizji w kwaterze.
Jednym słowem – laba!
Wstajemy wcześnie, szybkie śniadanie i ruszamy na trasę.
Zdajemy klucze do mieszkania i ruszamy na podbój Borów Tucholskich. Tym razem,
to już nie „tranzyt”, a raczej dobrze dopasowana wycieczka krajoznawcza. Jedziemy
bocznymi drogami i odwiedzamy miejsca które nam wpadaja w oko. Na pewno w oko
wpada wieża widokowa w Wdzydzach. Wchodzimy na nią, choć jest naprawdę wysoka a
wiatr hula na szczycie dość mocno i przeszywa mrozem.
Piękna słoneczna pogoda to super widoczność z wieży i
niesamowite widoki na zamarznięte jezioro.
Tego dnia, tak nas pochłonęła krajoznawczość terenów, że
przy kolejnych wyborach zagalopowaliśmy się tak, że skończyliśmy na leśnych,
białych drogach z wyczerpanymi bateriami w GPS i brakiem jakiegokolwiek pomysłu
gdzie jechać. W końcu udało się wydostać i prawie na przełomie dnia i nocy,
wjechaliśmy do Swornych gaci.
Ruszamy rano o 10:00. Za oknem zimno -7 a pod stopami skrzy
się lód. Jest jednak przepiękne słońce, co dodaje nam sił. Czym prędzej ruszamy
na trase, aby nacieszyć się pogoda. Mroźno i dość chlodno wita nas poranek do słońca
i mrozu dochodzi wiatr. Najpierw delikatny a potem nieco silniejszy. Całe
szczęście jest boczny, więc poza marznącym lewym uchem, da jakoś jechać.
Ten odcinek trasy naszej jedziemy dość tranzytowo i głównymi
drogami. Jest kilka postojów na złapanie oddechu i roztarcie połowy –
zamarzniętej – twarzy. Przed Kościerzyną wstępujemy do muzeum kolejnictwa i
zwiedzamy parowozownie, a na sam koniec odwiedzamy koleżankę – rowerzystkę emonikę w której mieszkaniu nocujemy.
Dziękuejmy za kawałek podłogi i dostarczenie nam miseczekJ
Zimowa wyprawa po Kaszubach – 3-9 luty 2014
Na pomysł, aby wyjechać gdzieś zimą, wpadliśmy jeszcze jak nie
było śniegu. Różne były plany i bardzo różnie się one rozwijały, ponieważ
najpierw bezśniegowa zima nas kusiła, a potem zawieje i zasypane drogi –
odstraszały. Wreszcie udało się – noclegi zamówione, umówione spotkania z
lokalnymi rowerzystami i ruszamy do Malborka!
Długo jechaliśmy pociągiem, z powodu remontów na trasie do
Gdańska, jakie toczą się jeszcze na odcinku za Ciechanowem. Kiedy wreszcie po czterech
godzinach wysiadamy z kolejki czujemy się rozespani bardziej niż chętni do
jazdy. Mroźne powietrze szybko jednak nas orzeźwia i przystępujemy do
zwiedzania Malborka. W mieście nie rozdrabniamy się za bardzo, i odwiedzamy
tylko zamek i drewnianą kładkę nad Nogatem.
Do Tczewa jedziemy bocznymi drogami, dzięki wskazówkom
SMS-owym Daro. Udaje nam się dotrzeć do drugiego miasta jeszcze przed zmrokiem
i dochodzi do spotkania na szczycie. Daro i Księgowy i Agnieszka spotykają się
w Polowie mostu. Sam most jest po prostu cudowny, zachodzące słońce nad
żelaznymi kratownicami daje super klimat i aż nie można się oderwać od tego
widoku.
Po przekroczeniu mostu, odwiedzamy Lidla i po zakupach
zostajemy odprowadzeni do noclegu. Tam żegnamy się z naszym przewodnikiem,
któremu jeszcze raz z tego miejsca dziękujemy za spotkanie i przeprowadzenie
przez miasto.
W kwaterze roweru pozostają zamknięte w opuszczonym,
remontowanym domu, więc ponowne wyjście i spotkanie „afther party” nie dochodzi
do skutku. Bierzemy, więc prysznic i kładziemy się do snu.
Wyjazd prawie się udal, gdyby nie to, że pociąg nie zechciał przyjechać. Mam nadzieje, że w poniedziałek pociąg będzie o czasie - bo jak nie to... KIll im!!!!!! I nie mam nic więcej do powiedzenia - poza tym, że zmarzłem jak głupi i będę walczył o zwrot kasy za dwa bilety, bo mi sie kuźwa należy!
I foch - wydeptany w śniegu, czekając na pociąg.
Tak! Serio i jak najbardziej realnie - poszedłem na prawdziwy namacalny rower! Może to niesamowite, biorąc pod uwagę, że moje ostatnie wycieczki to tylko i wyłącznie roleczka, ale tak było. Mało tego, za złamanie przepisów, zatrzymała nas policja i wylegitymowała, było zimno i chyba dlatego nam odpuścili.
Tyle z tego dnia, bo więcej będzie niebawem - mam nadzieje!
Szybka dokrętka 30 minut, nie było czasu na więcej - sił chyba też nie;P Dobre i to biorąc pod uwagę, że jeszcze czeka mnie nocna jazda po zimnie i śniegu:P
Od początku tego tygodnia, nie mogę sie przełamać z dystansem na tym obciażeniu. Jadę, niby i robie to codziennie, ale jakoś perspektywa dłuższego 1,5-2h pedałowania mnie przerasta. Nie wiem czemu tak się dzieje, może dużo tych treningów i organizm troszkę zmęczony, a może po prostu się obijam...
Nie wiem sam.
Jazdę, jednak zaliczam do udanych, czego nie można powiedzieć o pogodzie za oknem. W marcu będzie lepiej - czuje to w kościach. :D
Jej, ja chyba naprawdę się zestarzałem, bo tak mnie dziś odrzucał rower na tej śniegowej brei, że miałem ochotę końcówkę iść pieszo. No nie mogę, jazda po mieście w takich warunkach to ostatnio dla mnie jakaś makabra, jakby mi się do świata podejście zminiło. Zaskakujące naprawdę! Dojechałem swoje, zrobiłem zakupy, ale normalnie cięzka sprawa z tym rowereom zimą;P
Odkryłem co było przyczyną mojego trudnego pedałowania na poprzedniej jeździe. A mianowicie, chodziło o oponę którą zbyt mocno przycisnąłem do rolki. Efekt był taki, że niby obciążenie to samo, ale tak jak z jazdą na kapciu, efekt siłowy inny. Po prostu godzinę mordowałem się na większym obciążeniu.
Tą 30tkę - jechałem na dwa rzuty. W sumie pierwsze około 20 sekund pedałowałęm na kapciu, a potem wkurzyłem, się, że coś jest nie tak, bo to nie możliwe, że znów tak ciężko mi się jedzie. Zszedłem więc z trenażera i sprawdziłem dociśnięcie rolki. Poprawiłem. Musiałem wczoraj coś przekombinować jak odpiąłem rower w celu regulacji biegów.
Ostatnia jazda w domu na dziś i jestem naprawdę wykończony. Ten dzień zdecydowanie trudniejszy z powodu, nazwijmy to, kłopotów technicznych.
Jeszcze tylko po Agnieszkę do pracy Śnieżnikiem i można iść spać:)