Do pracy 10 - Rocznica;P

Poniedziałek, 14 października 2013 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Jest takie znane powiedzenie wśród pracowników, że po weekendzie odpoczywamy w poniedziałek. Ja własnie tak miałem. Nie byliśmy przez weekend w domu, pilnowaliśmy pieska kochanego u rodziców w moim domu rodzinnym i jak to bywa - nie wyspaliiśmy się. A to nie u siebie, a to jakieś głupoty w tv oglądaliśmy a to wreszcie łóżko za małe... i tak dziś rano byłem niby wyspany, ale w pracy ziewałem jak mops.

Ogólnie pracowało mi się dziś źle. Nie chciało mi się - to raz, a dwa najzwyczajniej miałem handrę jakąś. Byłem zły na cały świat.

Rowerowy powrót do domu troszkę mnie do pionu doprowadził a zupa ogórkowa żony - postawiła na nogi...'

Odpoczywam chwilę i jade po Agę do pracy - dziś biedulka do 19ej pracuje.

Ustąp pierwszeństwa głupocie!

Niedziela, 13 października 2013 · Komentarze(3)
Mały kursik na rowerze w charakterze transportowym. Oczywiście nie obyło się bez ciekawych spostrzeżeń. I to o tym napiszę dziś więcej. Nawiąże tu do wypadku o jaki pisano ostatnio:

ciężarówka potrąciła matkę z dzieckiem

Nie będę - stety lub niestety - w gronie osób piszących o winie człowieka w ciężarówce. Moi zdaniem zawiniła tutaj kobieta z dzieckiem i generalne przekonanie pieszych o świętości zebry pod nogami. Jak przyjrzeć się filmikowi kobieta wyszła na pasy bardzo blisko jadącego pojazdu. Założyła - jak widać błędnie, że ciężaróka się zatrzyma. Wywrotka z górą piasku jadąca po ulicy nie stanie dęba w kilka sekund a słowa kierowcy, że jej nie widział - również rozumiem. W moim mniemaniu "nie widziałem ich" oznacza nie zauważyłem ich odpowiednio wcześniej.

Czy to nie jest podobna sytuacja do tych spotykanych przez nas na ulicy. Nas mam na myśli rowerzystów. Często kierowca pod nasze koła z bocznej ulicy wyjeżdża bo zakłada:
a) że na rowerze jedziemy wolno,
b) że przecież zahamujemy.
c) przecież go widzimy...

Dlaczego podejmuje ten dziwny wątek? Otóż dziś miałem analogiczną sytuację, nie zbyt groźną, ale dość irytującą. Jechaliśmy z AGnieszką ulicą a z bocznej drogi osiedlowej - podporządkowanej wyjeżdżało małżeństwo. On - szacowny dziadek z wnuczką na krzesełku z tyłu - podczas dojechania do głównej nawet nie zatrzymał się mimo, że w widoczny sposób spojrzał czy nic nie jedzie. Widać inny rower nie wzbudzał w nim strachu przed zderzeniem. Wyjechał więc dosłownie na 2m przede mną. Całe szczęście - pani babcia jadąca za nim nie podzielała jego zamiarów i zatrzymała się.

Nie było ani ciemno, ani tłoczno a pan był z wnuczką i żoną na rowerowym spacerze. Dlaczego więc nie zaczekał? Gdybym miał znaczek mercedesa, opla, fiata lub choć buczał jak diesel? To by też wyjechał? A może wtedy by poczekał?

Z pasami jest tak samo. Nie raz jadę rowerem po ulicy Piłsudskiego w Legionowie i ludzie ustępują autom, ale rowerom już nie. Nie chodzi mi o to żeby mi z pod kół uciekali - ja tylko wymagam równouprawnienia w mentalnośći pieszych. Stoi para przed pasami, spogląda w moją stronę - rejestruje moją obecność - później patrzy w drugą - rejestruje i przepuszcza auto a następnie bezceremonialnie pod koła wychodzi mi bo jestem na rowerze!

Tak samo z przebieganiem przez ulice w niedozwolonym miejscu k. Mediqa. Upewniacie się drodzy piesi, czy autoa nie jadą a rowerów już nie bierzecie pod uwagę! Bo po co!

Czy na pasach czasem nie zakładamy zbyt mylnie, że auto/rower/ciężarówka z piaskiem się zatrzyma? My na 2 cienkich kółkach - zwani rowerzystami, mamy stosunek powierzchni przyczepności do masy podobny jak dobrze załadowane auto ciężarowe. A prędkości powyżej 20km/h to nie są wcale łatwe do zredukowania siły ścinające... zwłaszcza gdy dajecie nam na reakcje marne 2m...

Myślenie nie boli....

Dobrej nocy!

Tyci tyci - troszeczkę

Sobota, 12 października 2013 · Komentarze(0)
Dziś wycieczka tylko w celach transportowych. Później rower poszedł na serwis. Dorobiłem się wreszcie w zimówce na ten zbliżający się sezon dwóch działających hamulców. Błotnika niestety jeszcze nie bo śruby długiej nie miałem a taka była potrzebna aby ów błotnik zamontować.

Resztę dnia po bożemu - spędziłem z żona na leniwym oglądaniu filmów i relaksie. Nic więc znaczącego się nie działo a ja w pełni odpocząłem sobie od rannego wstawania.

Cz 4 - pierwszy rower na serio!

Sobota, 12 października 2013 · Komentarze(0)
Gdy wróciliśmy z działki na rower wykorzystywałem każdą wolną chwilę. Moja żądza pedałowania i zdobywanie nieznanych miejsc rosła w tempie logarytmicznym. Dystanse po 50-60km dziennie bywały już częstszym „gościem” w mojej rowerowej codzienności. Czegoś było mi mało jednak nadal brak... Ilość kilometrów przejeżdżanych na wysłużonym marketowym pojeździe przekraczała jego fabryczne założenia – tak to wtedy tłumaczyłem. Jeszcze przed październikiem pojawiły się kłopoty z przeskakującym łańcuchem, obcierającymi hamulcami, skrzypiącym zawiasem zawieszenia i nie pracującym amortyzatorem przednim i luzami na korbie. Rower totalnie przestał współpracować a ogrom finansowej inwestycji jaką musiałbym w niego włożyć mnie przerażała. Jeździłem więc na tym co było ale w głębi serca zapragnąłem kupić nowy rower.

Przeglądałem wiele stron internetowych, zdjęć, ale byłem totalnie zielony w temacie. Rad zasięgałem u kolegów co jeżdżą na rowerze, co wybrać a oni zasypywali mnie nazwami, z którymi miałem pierwszy raz do czynienia: „deore, alivio, acera, manetki, suport na kwadrat, octalink”. Pisałem notowałem i googlowałem w sieci. Nie zmieniało to jednak faktu, że moje zagubienie w rowerowych poszukiwaniach nie malało ani na moment a kolejne pytania przewyższały odpowiedzi jakie otrzymywałem. W tym okresie moja wiedza rowerowa rosła równie szybko co pasja. Jeszcze w tym samym miesiącu rozróżniałem modele, grupy i nazwy prawie wszystkich podzespołów w rowerze. Obejrzałem ich mocowania, sposoby montażu, odmiany kolory i podobne ciekawostki.

Sprawa finansowa był to oddzielny aspekt poszukiwań. Rower za 1000zł wzwyż nie mieścił mi się początkowo w głowie. Nie sądziłem, że taka cena może być za rower – od lat „wychowywany” byłem, że jednoślad to kosztuje 200 - 400zł a te droższe traktowałem jako „elitę” dla sportowców widywanych w telewizji. Gdy jednak przez pierwsze miesiące zacząłem uczyć się tego rowerowego rynku dostrzegłem, że to normalna cena za dobry rower i ustaliłem sobie granicę 1500zł za rower jaki chcę mieć.

Rekacja rodziców na jesieni, gdy powiedziałem im, że zbieram na rower była normalna do czasu gdy pokazałem im jaki chcę mieć no i ile będzie kosztować. Ojciec burzył się strasznie, że wydziwiam i że za 1500zł to 4 rowery można kupić a że sportowcem profesjonalnym to nie będę itp. Mama nie wypowiadała się krytycznie, choć podobnie uważała, że mój kaprys jest zbyt wygórowany cenowo. Po wielu dyskusjach i pertraktacjach stanęło na tym, że: „ jak sobie uzbieram to będę miał”. No więc ciułałem wszystkie pieniądze z urodzin i otrzymane przy innych okazjach „dotacje” a w tym samym czasie odwiedzałem sklep rowerowy w Legionowie z kartką i długopisem spisując z ludźmi pracującymi tam – cennik i skład mojego przyszłego roweru.

W listopadzie, gdy moje studia były już w toku, miałem nawał nauki, a kolokwia i wejściówki spadały jedna po drugiej kilka razy w tygodniu, wreszcie uzbierałem pieniądze i złożyłem zamówienie na rower. Miał być szaro-niebieski na ramie accent m001. Osprzęt był ubogi a koszty ciąłem na czym się dało w granicach rozsądku oczywiście.
[/img]
Ten dzień pamiętam doskonale. Pewnie wielu z was pamięta ważne chwile w życiu. Rano było bardzo chłodno. Jesień na dobre zawitała do kraju a liście spadały z drzew. W noc przed odebraniem roweru siedziałem długo i w internecie oglądałem zdjęcia rowerów zbudowanych na tej samej ramie co moja wymarzona. Gdy następnego ranka wstawałem do szkoły – ledwo stałem na nogach z niewyspania. Dzień był od rana zawalony obowiązkami na uczelni i dłużył się niemiłosiernie. Wykłady, ćwiczenia i cała masa nowych rzeczy do przyswojenia. Starałem się jak mogłem aby moje wyniki w nauce nie były niskie, bo rodzice od razu zrzucili by to na karby nowej „zabawki”. Tego dnia jednak, mimo największych prób, na niczym nie mogłem się skupić.

Zaraz po zajęciach dosłownie pobiegłem do autobusu, mimo to i tak miałem wrażenie, że poruszam się za wolno. Korki popołudniowe były ogromne. Najpierw autobus a potem trzy przesiadki i po 1,5h byłem wreszcie w domu. Rzuciłem plecak na łóżko, zabrałem pieniądze i popędziłem biegiem do rowerowego.

Obsługa przywitała mnie jak znanego klienta lekko zdziwiona, że tak szybko przyszedłem. Sądzili, że przed 18tą się pojawię. Gdy wszedłem na środku stał jakiś czarny rower i jeden z serwisantów grzebał przy nim – nie zwróciłem uwagi na niego bo dokładnie opatrzyłem w sieci jak będzie wyglądał mój.

Kierownik przywitał mnie i oznajmił mi lekko speszony, że były kłopoty z ramą, którą chciałem więc zamówili mi inną ,ale takiej samej firmy. Nogi mi się ugięły – jak to inna rama? To będzie totalnie inaczej niż sobie wyobrażałem. Starałem się zachować spokój. Dodatkową informacją było to, że zamówiona rama jest prawie 150zł droższa. Na granicy szaleństwa i obłędu wysapałem, że: „ja mam tylko te 1500zł”.

Pan Darek podrapał się w głowę i w końcu machnął ręką.
- niech będzie 1500zł – powiedział - Tyle czekałeś na ten rower. Niech będzie jak się umawialiśmy.

Kiedy wskazał mi czarny rower, wykańczany właśnie przez serwisanta, oniemiałem! Był piękny! Czarna matowa rama, czarne grube opony, czarne obręcze. Nie posiadałem się z radości. Rower budził we mnie tyle emocji, że aż ciężko było mi ukryć swoje podekscytowanie. Trwało jeszcze chwilę zanim serwisant dokończył mocowanie linek i ustawianie hamulców.

Wreszcie, nieomal widocznie drżąc na ciele, wsiadłem na siodełko i pojechałem. Nie mogłem jechać do domu – to było wykluczone. Chciałem sprawdzić jak to cudo jeździ. Pognałem więc do Kątów węgierskich. Miałem na sobie dżinsy, jakąś zwykłą kurtkę i sweter pod spodem. Rozpierała mnie energia – zmieniałem biegi i upajałem się szumem opon jaki wydawały gdy mknąłem po asfalcie.
- 24 biegi !!Co ja zrobię z tyloma przełożeniami. – myślałem sobie –poprzednik miał zaledwie 6 zębatek z tyłu. – zmieniałęm jeden po drugim i próbowałem dopasować sobie odpowiednie przełożenie.

Zaaferowany nowym nabytkiem, totalnie zapomniałem o czasie i o tym, że jesień to szybko zapadający zmrok. Zawróciłem, ale było już za późno. Nie wiedzieć kiedy zapadły ciemności i od Kątów węgierskich jechałem w totalnym mroku. Nie chcę nawet myśleć, jak bardzo niewidoczny byłem dla aut, ale szczęśliwie dojechałem do domu w jednym kawałku.

Do mieszkania wszedłem jak złodziej czując wiszącą w powietrzu awanturę. Złości i krzyków nie było, ale nie obeszło się bez komentarza rodziców, o późnym powrocie i braku oświetlenia. Nie przejąłem się! Nic się wtedy nie liczyło, tylko to, że mam go obok siebie – swój pierwszy i wymarzony rower na serio!

Do pracy 9 - piąteczek:D

Piątek, 11 października 2013 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Do SKM rano jadę żwawo - zimno w ręce jak nie z tej ziemi. Nie zakładałem rękawiczek długich bo poprzedniego poranka było 10 stopni. Ledwo dojechałem bo palce mi tak zgrabiały, że poezja;/

W SKM ugrzałem się i oczekiwałem tłumów. W piątki jeżdżą chyba tylko ci najwytrwalsi bo luz był taki, że nawet widziałem przez okna po przeciwległej stronie pociągu. SZOK!

W pracy jak to w pracy raz wesoło raz irytująco. Dziś pan mnie zaczął wypytywać dla kogo pracuje i że ja pewnie z konkurencji z naprzeciwka dzwonie i chce dowiedzieć się tajnych danych o jego firmie. Kiedy zaczął mi podniesionym tonem mówić po Nazwisku (jak sądzę kolegi z konkurencji z naprzeciwka) i używać nieprzyjemnych wyrazów - z radością nacisnąłem czerwoną słuchawkę i pokazałem mu FUCK :D

Ujmujące - czyż nie!? Nie muszę znosić klienta przed sobą, nie muszę się uśmiechać a jak mnie ktoś wyzywa po prostu się rozłączam i zaznaczam status "Odmowa Rozmowy".

Wracałem dziś rowerem w całości - zafundowałem sobie rozkoszne pedałowanie do domu w piąteczek. Bylo gorąco 18,5 stopnia. Jechałem więc w krótkich portkach do domu. Wyszło więcej km a jutro nie muszę wstawać o 5:25!!!

YEAH:D

Do pracy 8 - Wesołe dialogi

Piątek, 11 października 2013 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Rano po nocnych opadach - mokro. Nie pada, ale mgliście o wiele bardziej niż zwykle. Nie mam ( jeszcze przedniego ) błotnika toteż troszkę mnie chlapało. To, że mam słaby, jedyny i ledwo hamujący tylni hamulec na mokrej obręczy i ulicy, też nie ułatwiało zadania tego poranka. Całe szczęście, że poranne dojazdy nie wymagają ode mnie gwałtownych hamowań. Spowalnianie przed skrzyżowaniem wystarczy.

Do SKM docieram o czasie, choć jakiś taki "przesiąknięty" wilgocią. Siadam w pociągu wieszam rower i trochę mnie morzy sen. Nie wyspałem się tej nocy, jakieś głupoty mi się ciągle śniły. Nie pamiętam dokładnie co, ale byłem na jakiejś pustyni, a`la interior na Islandii i mnie ciężarówka po nogach przejechała a moich kolegów rozjechała "na śmierć" tak na płasko jak w kreskówkach. Co do senników i znaczeń snów to nie wierzę w nie. Bądź co bądź głupoty były we śnie niepojęte i wiele ze spania nie było.

W pociągu tego ranka mniejszy tłum. Jadę spokojnie nie potrącany przez nikogo a i mój rower ma komfort - nikt go nie dotyka ani on nie uderza nikogo. Bez oparcia w ludziach musze go trzyać bo buja się jak wariat z tej wolności:D

W pracy znów codzienność, telefony, śmieszne dialogi i domyślanie się co pan po drugiej stornie ma na myśli mówiąc: "kształtki termoplastikowe" lub tego typu nowo-słowa. Nie raz branża firmy nie ma sie nic do tego co wysyłają.
Pan co produkuje "opakowania z tworzyw sztucznych" wysyła np: Tworzywa sztuczne, obramowania do nagrobków, ozdoby nagrobkowe i znicze...
a przemysł zbrojeniowy - statywy do aparatów:D - Czasem ubaw nie z tej ziemi jak ci powiedzą co wysyłają a branża totalnie inna.

Innym znów razem dzwonie do paniusi na recepcję. Pytam ją o wysyłkę w firmię a ona mur beton. Nic nie wie nic nie rozumie. Mam wrażenie, że ludzie czasem tak niekompetentni siedzą w firmach, że szok. Babka siedzi w "sekretariacie firmy" i nawet nie wie co firma produkuje
Czasem pytam, jak już nie chce, lub nie wie co powiedzieć, co produkuje firma i domyślam się, że to co produkuje firma to też wysyła, a babka mówi:
- aaa ja nie wiem co produkujemy - różnie"
- ale co dokładnie wysyła firma"
- nie wiem - różnie
- czyli co produkuje firma
- a panie ja tam nie wiem...



Ulubiona odpowiedź w rozmowach to:
* nie wiem,
* dużo,
* rożnie
* czasem
Przykład:
- często państwo wysyłacie paczki w firmie?
- czasem......

- ile państwo wysyłacie w miesiącu?
- dużo/różnie


Fajnie się czasem można ubawić z ludzi po drugiej stronie - co jest niezmiernie ciekawą rozrywką w tej pracy.

Wracałem do domu rowerkiem z dodatkiem KM. Problem był tego typu, że pociągi były opóźnione po 20 minut i mój "ulubiony" Ciechanów był zapchany.

DO domu wróciłem - i jestem!

Do pracy 7 - Dobry Scoring

Piątek, 11 października 2013 · Komentarze(0)
Kategoria Do pracy!
Znów rano - znów ciemno. Czy okres korporacyjnej pracy to czas poznawania świata z innej perspektywy? Na pewno jest to nowe doświadczenie. Wstawanie poranne poza oczywistą dysharmonią w moim organizmie sprawia, że czuje się taki skupiony. Rano pośród jeszcze nie do końca rozpoczynającego się świtu, pośród wilgoci mgieł jesiennych i przy akompaniamencie szelestu saren i dzików w ciemnym wciąż lesie jedzie się ciekawie. Mijam ludzi idacych do do autobusu, z teczkami w płaszczach zapatulonych szarych smutnych jakichś takich bez wyrazu.

Nie sądze, że ja w ich oczach wyglądam na szczęśliwego i wesołego. Pewnie współczują mi myśląc w głowie:
"biedak, że mu się chce o tej porze rowerem"
Ale wiecie co? Chce mi się. Naprawdę z każdym dniem mam z tego frajdę jakąś taką pełniejszą. O ile na początku czułem, że takie poranne jeżdżenie to nie dla mnie i nawet rozważałem dojazdy komunikacją, to teraz doceniam ten poranek w siodełku. I mimo, że czasem jeszcze ziewam, że nigdy nie jem śniadania zanim wyjadę, to lubię to!

Jest ciemno, koła 2.1 cala buczą na dziurawym asfalcie na korzeniach, gdzieś tam w lesie przebiegną dziki, troszkę adrenalina wskoczy. Ogólnie spoko...

W pracy znów komentarz nt. mojego stroju. Znów zaskoczenie, że jednak "nie wymiękłem" i że to nie jest jednorazowy kaprys jakiegoś tam kolesia z pracy. W pracy nudno, żmudnie i godziny dłużą się do 16 ej. Wykonuje jednak założony plan 24 telefonowych kontaktów do ludzi i spokojny o swoją (i tak nie powalającą) prowizję wychodze na rower.

Powrót był rowerem do ZOO a potem już sprawdzonym pociągiem o 16:40. Dlaje z Agnieszką już rowerkami od Legionowa. Problemem obecnej aury jest, że rano jak jadę to marznę w ręce niemiłosiernie a wracając jest prawie 20 stopni i jedna kurtka podróżuje w skawie. Co nie zmienia faktu, że ciepło i w miarę bez deszczowo mogłoby być jak najdłużej:D Taką słoneczną jesień lubię ;D ciężko się po prostu dopasować do tak zróżnicowanej aury.

Do pracy 6 - zaspałem

Piątek, 11 października 2013 · Komentarze(1)
Kategoria Do pracy!
No to zaspałem;/ Nie wiem jak ja naciskałem tego budzika w komórce i jak go wyłaczałem, że zwyczajnie nie dzwonił rano. Otwieram oczy a tam mrok. Myślę, pewnie jeszcze wcześnie to leżę. Chwilę przyzwyczaiłem wzrok do światła i jakoś mi tak za jasno. Patrze na zegarek a tam 6:10! No to dawaj szybko wszystko pakować do sakwy i ruszam. Jest już widno, choć szarówka jeszcze po kątach świata... w lesie przeskakuje błyskawicznie i docieram na peron. Chwilę się waham aż w końcu decyduje się jechać na OŚ piaski. Tam ku mej uldze jest SKM i jest pusto.

Siadam rozbieram się z kurtki wieszam rower i... odpoczywam. Mało ludzi, o niebo mniej niż dzień wcześniej na Legio-głównym. SKM rusza i gdy dociera na główną stację do środka wlewa się tłum. Zaskakuje mnie zaciętość ludzi. Wpadają do środka jak na jakiejś wyprzedaży. Cześć trąca mój rower inni wpychani przez pozostałych płyną z nurtem. Pociąg wypełnia się, i wypełnia a fala wciąż napływa.

Kiedy zagęszczenie wewnątrz zaczyna przekraczać zdrowy rozsądek fala ciał rozlewa się po korytarzykach skm i wreszcie drzwi zamykają się. Ludzie wiszą na sobie i na moim rowerze. Wiszą w zasadzie na jego kierownicy, bo rower powiesiłem na haku (czego najczęściej nie robię), ale dzięki temu osłania mnie on od tabunów napierających.

Siedzę sobie więc w spokoju z nogą na nodze a rower buja się to w przód to w tył podczas zwalniania i przyspieszania pociągu. Co jakiś czas ktoś się poprawia bo kierownica uderza go w głowę albo w ramię. Nie ma reakcji, bo w sumie nie mają się do czego przyczepić. Rower wisi, nikogo nie brudzi no i najważniejsze, jak wsiadali ja już tam byłem. Nikogo nie wyganiałem nikogo nie popychałem...

Wysiadam z lekkim trudem, ale przekonuje w końcu tłum głośnym komunikatem:
"jak mnie państwo wypuścicie z pociągu to zwolnią się dwa miejsca siedzące - polecam warto!" - poza śmiechem i ogólnym rozweseleniem przynosi to efekt i ludzie wypuszczają mnie z pociągu.

W pracy budzę zainteresowanie. Koleżanki zauważają mój "profesjonalny strój" w ogólnym rozbawieniu moją osobą dostrzegam jednak swojego rodzaju uznanie dla mojego poświecenia. Chyba zderzają się z rowerową rzeczywistością w mojej postaci po raz pierwszy. Rozmowę o moim obcisłym wyglądzie kwitują "w sumie to masz zgrabne nóżki".

Powrót z pracy o 16. Wychodzę i już 20 po jestem na ZOO KM, Działdowo przyjeżdża zapchane po sam sufit. Wsiadam więc do KM Ciechanów jadącego 7 później i nawet mogę wejść spokojnie z rowerem nie rozpychając ludzi.

Summa summarum - dojazdy ciężkie, ale do zniesienia... nie omieszkam opisywać wam przygód jakie mnie spotykają na trasie, bo jak dziś pokazało życie będzie ich bez liku.

Do pracy 5 - Slalomem lasu codzienności

Poniedziałek, 7 października 2013 · Komentarze(4)
Kategoria Do pracy!
Dojazd do pracy poza aspektem codziennego wstawania o porach o których nie będę tu nadmieniał, ma także aspekt komunikacji zbiorowej. Dziś miałem wątpliwą nieprzyjemność poznać poranne godziny szczytu w SKM S3. Albo więc zmienię stację startową i będzie więcej miejsca, albo będę poszukiwany listem gończym, bo w SKM w pociągu tłum niewybaczalny i spojrzenia paraliżujące jak ślepia lwa w ciemnym buszu.

Od Wschodniej jakoś tam się przedostałem do pracy i było dość sympatycznie, więc ten element oceniam na mocną "4" czego nie można powiedzieć ani o dojeździe SKM ani o powrocie.

Jak jednak wygląda codzienność będę jeszcze pewnie nie raz opisywał, nie zagłębie się dziś w te odmęty aby pozostawić smaku na inne dni.

O samej pracy wam opowiem. Generalnie dziś dzwoniłem. Wykonałem może ze 50 telefonów a może i więcej, igraszka to zacna, choć zalatuje call center, co będe jednak wybrzydzał. Dali umowę o pracę a mogli studenciaków do dzwonienia zatrudnić, to nie będę się czepiał i dumnie poniosę ogarek światła przez mrok bezrobocia jaki się nade mną roztaczał jakieś kilka miesięcy wstecz. Samych kontaktów wytrzepałem z 18 - co jak na pierwszy realny dzień męczenia dousznego ludzi po drugiej stronie słuchawki - jest wynikiem niezłym. Ile z tego realnie przekład znajdzie w moim statusie finasowym to sie jeszcze okaże, bo pewnie nie wszystkie kontakty pozyskałem "jak czeba" więc mi kilka wyleci.
Co się wydzwoni to nie uciecze - jak mówi staropolskie przysłowie, więc jest nadzieja, że okraszę się doświadczeniem handlowca i z czasem będę przebiegłym i szczwanym telefonicznym kol-centerem z potencjałem.

Dostałem dziś plakietkę od pionu IT (pozdrawiam Hipka) chłopaki się postarali, ładnie wyszedłem na plakietce i doceniam, że już w piątek się ze sprawą ogarnęli. Nasze pracowe kobiety - oczywiście narzekały, że smyczy nie dali, że karta magnetyczna brudna, że jakieś ryski są na karcie itd. Ale kto zrozumie kobiety?

temat kobiet postaram się przemilczać od czasu do czasu bo jeden wpis aby opisać ich stande zachowania w sali w jakiej pracuje nie jest wystarczający. Będę wam więc dawkował informacje o tym ciekawym gatunku społecznym - próbując zachować umiar zwykłego spojrzenia bloggerskiego i męskiego szowinisty w proporcjach 50 na 50:D


Rower spisuje się dobrze, mam grube opony a przedniego hebla nie mam - czy już jestem korporacyjnym hipsterę? Może choć jakimś małym hipsterkiem? Co?