Do Dęblina - czyli po drogowej toni płyta płytę goni!!

Niedziela, 10 kwietnia 2011 · Komentarze(8)
Dzisiejszy wyjazd po raz kolejny zakrawał o te o których można powiedzieć, nieplanowane. Oparte jedynie o gdybania z dnia poprzedniego i rozważania „a gdzie by tu”. Pomysł pojawił się znienacka w sobotę popołudniu kiedy to wiatr dojrzeliśmy południowo wschodni.
Miało być nas w sumie cztery osoby miał być kolega Radek i koleżanka Kasia, ale nie wyszło.
Radek dzień wcześniej popsuł manetkę i dziś rano przyjechał aby ode mnie ową otrzymać. Liczyłem, że przyjedzie rowerem do którego popsuta część zostanie podłączona, jednak wziął rower zastępczy i postanowił wracać do domu.
My nie odpuściliśmy i po pożegnaniu Radka około dziewiątej, ruszyliśmy na Stolice!

Modlińską jechało się znośnie, jednak jak to zawsze bywa na trzy-pasówkach zdarzały się wyjątki( wyjątek kierowca co ma gaz i hamulec zamiast mózgu). Przez pierwszy odcinek jedzie się przeciętnie z naciskiem na dobrze! Okolice Konwaliowej wprowadzają kawałek terenu, przeprawa koło E.C Żerań to jak zawsze trzęsałka. W okolicy Ronda Starzyńskiego skręcamy na trasę przy samej Wiśle. I telepiąc się po nawierzchni dzielnicy PRAGA docieramy do stadionu. Tam przerwa na kilka zdjęć,


nie obeszło się oczywiście bez podjedzenia pierwszych zapasów.

Szybko jednak, zachęceni wiatrem i pojawiającym się słonkiem, ruszamy dalej. Wal miedzeszyński to odcinek słońca i silnego podmuchu w plecy, Józefów i Karczew nie wiadomo skąd wyrastają pod kołami. Prędkość 30-33km/h jedziemy na przedostatnim biegu jak gdyby nigdy nic.
Warszawa kończy się, przedmieścia również, z wolna ruch się zmniejsza. Niestety już za Karczewem słońce znika w całości i nad głowami pojawiają się chmurki. Niby pisali, że ma być jakieś tam „kapanie z nieba”. Jednak słupki były nieomal niezauważalne, czyżby meteo Znów miało się mylić? Wiatr chłodzi i termometr pokazuje ledwie 6,5 stopnia. Pobocze szerokie wiedzie nas do skrzyżowania z trasą numer 50. Piotrowice witają pierwszymi kroplami deszczu. Pogoda marnieje, morale spada i robi się nieprzyjemnie. Jedziemy niby te 25-27km/h ale jest źle i byle jak. Przerwa na jedzenie i zakup picia wydaje się być przełomową, jednak nie dane nam jest odpocząć.
Wiatr hula a my zjadamy pospiesznie kanapkę. Nie da się ustać tak przeszywa zimnem a do tego deszczyk pokapuje niczym wpuszczony w wielki wentylator. Ruszamy zrezygnowani nie odpoczęci i źli na pogodę.

Na naszej trasie pojawia się droga męki. Nierówny asfalt ustępuje drodze z płyt betonowych. Koszmarna trasa, podskakujemy telepie nas a łączenia są niczym tory tramwajowe na dolnej Pradze.

picie wiezone na bagażniku cudem unika zetknięcia z samochodami:D wybrało wolnośc po kolejnym podskoku na łączeniu!
Samochody mijające nas pędzą z zawrotną szybkością z nieba zaczyna kropić coraz mocniej a nas przepisy zmuszają do jazdy „możliwie najbliżej prawej krawędzi”. Gdybym słuchał tego przepisu jechałbym środkiem, bo nie dało się jechać przy krawędzi. Płyty zdawały się być pokruszone przy poboczu a ich próba naprawy to był koszmar. Jakby ktoś wrzucił pokruszone kawałki do smoły (lepsza wersja połączeń) lub jakby zwyczajnie je na „odwal się” obciapał cementem. Ta druga wersja powodowała, że czasem wyskakiwało się na pochylonym „rożku” owej załatanej płyty. Wszystko to spowodowalo, że jazda stala się niewyobrażalna męką.

Kolejne dwa postoje na „przeczekanie” deszczu, który nadchodził niewiadomo skąd, nie pomagały wiele. Chmury albo co chwile nas doganiały, albo to my doganialiśmy kolejne pasma frontów, które przechodziły z wiatrem. W końcu, kiedy znów nie wiadomo skąd lunęło z wiatrem dużymi kroplami, zdecydowaliśmy się na postój w lesie.
„tym razem musi przejść do końca!” Nie ma to jak nuda w lesie. Padało mocniej, to słabiej czasem wcale. Nam się nudziło bo „niby” można było jechać, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że postój będzie znów jak tylko dogonimy chmurkę. Zaczęliśmy się rozgrzewać, wywiani i wychłodzeni przez wiatr, który hulał niemiłosiernie. Musieliśmy się ruszać, aby nie przemarznąć na kość.
Najpierw Aga zaczęła robić jakieś wygibasy a potem dopadliśmy fazę na zdjęcia i wtedy popisy nasze nie miały granic.
Odbijaliśmy się od drzewa starając się wyskoczyć jak najwyżej.


Było zabawnie i chyba na tyle głośno, że okoliczna gospodyni wyszła przed plot i nam się przyglądała. Zauważyliśmy ją późno więc pewnie podziwiała harce przez dłuższy czas. Aż strach pomyśleć co sobie o nas pomyślała. Efekt tych dziwnych tańców i podskoków był zadowalający. Było nam ciepło, deszcz przestał padać a na niebie zaczęło być widać chmurki o kilkaset metrów wyższe nie zwiastujące już opadów.
Odcinek do Maciejowic był znośny, choć średnia spadła. Wcześniej była około 25km/h a teraz jechało się dużo gorzej.
Nawet po drodze lapie nas grado-śnieg

chmurki tańczą z nami raz po jednej raz po drugiej stronie.


Wiatr skierował się wyraźnie bardziej na południe i nie dmuchał już prosto w plecy a w lewego boku z tyłu. Ponadto dawały o sobie znac nogi i ręce wytelepane na dołach i dziurach wcześniej. Postój na rynku w Maciejowicach

utwierdził mnie w przekonaniu, że nasz wyjazd – w założeniu do Kazimierza – nie osiągnie swego celu. Wiedziałem, że Agnieszką już jest zmęczona, ale najbardziej zaskoczyło mnie to że ja także miałem dość. Nie bylo rady dojechac gdzieś trzeba!
Słońce wyszło, pogoda się poprawiła, a we wsiach widujemy już pierwsze Bociany.

Droga niby bez dziur ale pod asfaltem były kocie łby i asfalt je odwzorowywał idealnie. Czulem się jakby mi ktoś wibromłot do reki dał! Jechało się zacnie bo nawet 23km/h, ale ile można trzymać kierownice jak cię tak wali w ramiona i nadgarstki!

Dęblin witamy z utęsknieniem i niepokojem.
Wjazd aleją drzew do Miasta, był niesamowity.


Także asfalt się poprawił. Wszystko starało, się jakby mówić „jeszcze dacie radę”.
Termin odjazdu pociągu zapisany na małej hinskiej karteczce przed moimi oczami, niebezpiecznie pokrywał się ze wskazaniami zegarka na liczniku.
Na dworzec wjeżdżamy i o całe szczęście ludzi jest sporo. "nie dojechał!"
Obcykuje ciekawe zjawiska takie jak to:

Agnieszka kupuje nam bilety a mila kasjerka daje techniczne rady. Mówi, aby ominąć TLK (ten zapisany na karteczce) i wsiąść w osobowy do Warszawy ze względu na czas powrotów i duży tłok. KM jest później o kilkanaście minut. Mamy więc chwilkę. Czekamy za wiatrem fotografując dworzec.


tuz obok stoi nawet mała lokomotywka jako pomniczek:

Zafascynowani miejscem bagatelizujemy pociąg stojący o metr od nas. Napisane jest "Grodzisk Mazowiecki"
- "pewnie to gdzieś w inna stronę może jakoś okolice Mińska Mazowieckiego". Beztrosko się tym nie przejmowaliśmy do czasu, kiedy ktoś wsiadł do wagonu.Coś nas tknęło i poszliśmy się dopytać. Jakie było nasze zdziwienie kiedy okazało się że "to ten pociąg do Warszawy".

uff niewiele brakowało
W „Ka Emce” jest miejsce dla rowerów i mimo sporej ilości ludzi, mamy siedzące a nasze rowery wiszące, miejsce.

Wyjazd kończą rozważania nad mapą w pociągu . Wszak wyprawa kwietniowa tuż tuż. Niezliczone plany i gdybania nad atlasem samochodowym, umilają nam przejazd a piękny zachód słońca wita nas w stolicy. My kończymy przygodę w pełni zadowoleni z tego co dziś się wydarzyło!

Siedlecki taniec z wiatrakami!!!!!!!

Środa, 6 kwietnia 2011 · Komentarze(2)
Kocham to że kiedy chce coś zrobić zawsze grzebie się jak baba… Dziś jednak mogę sobie ze spokojem powiedzieć, że pod nogi kłody rzucał mi także los marny, któremu przeznaczenie nazwało imię Meteo.pl. W zasadzie pisze się nawet „New.meteo.pl” choć to niewiele zmienia w mojej tragicznie beznadziejnej sytuacji.

Dzień wcześniej czułem się jak kapeć i chodziłem jak struty. Chcąc przezwyciężyć ten marazm i bylejakość w sobie zacząłem kombinować. Podczas robienia mapy: „gruntów budowlanych rejonu Annopola” popijając mocną kawą wpadłem na pomysł w swej prostocie genialny! „Pojdę na rower!”
Ha jestem mistrzem w tych swoich głębiach umysłu po kawie. Wraz z wzrostem kofeinowej motoryczności, lub jak kto woli HIPERmotorycznośći (nieźle mnie ruszyła mała czarna z 2 łyżek) rozbudowywałem swój pomysł coraz śmielej. Meteo mi pokazywało wykresiki słupki a zielone Słupeczki opadów miały być nieznaczne jedynie pod koniec dnia. Do tego wiatr na „zielono” kierunek zefirka na Wschód. Dodajcie do tego środę wolną od zajęć i mamy idealne warunki na pyknięcie 200 km do Terespola .
Wieczór dzień przed wyjazdem, był bezchmurny a na meteo pokazali znów cos innego, tym razem opady miały być od 14 i słupki były znaczniejsze(te opadowe). No i kiszka, z Terespola nici, ale może chociaż kawałek pojadę.
Rano (7.00 sam wstałem bez budzika – serio!!) okazało się, że znów uaktualnili pogodę. Psia jego mać, słupki deszczu jakby skurczyły się a reszta, czyli wiatr, pozostała bez zmian. No i za późno, nie zdążę do Terespola. Gdybym wiedział to zerwałbym się wcześniej…
Cóż ruszam!
Na Radzymin jak zwykle w letargu, mimo porannej kawy z dwóch łyżek. Droga znana a jadę nieomal na pamięć, tylko wiatr a raczej jego kierunek nie dawał mi spokoju. Wiał Źle! Dmuchało na północny wschód i to było odczuwalne do Nieporętu jadę prawie 30km/h. Cholerni meteorolodzy – za co im płacą… Witam Radzymin z bólem nadgarstków. Jeśli ktoś chce odwiedzić to miasto, niech jedzie przez Rynie i Stare Zaubicie, trasa przez Beniaminów i Łąki to skaranie boskie! Dziury i inne ciekawe urozmaicenia nawierzchni w stylu złuszczającego się asfaltu, czy czapek asfaltowych ulanych na uprzednich dziurach.
Wiatr hula jak chce a ja przelatuje przez Wołomin i kieruje się niedawno przejechaną trasą na Poświętne. Tam jedzie się dużo lepiej bo odcinek drogi skręca na północny wschód. Jest około 10.20 kiedy witam Poświętne. Średnia 24.01 imponująca mimo, że jedzie się niedobrze.
Dalej w planie był odcinek na Retki ale gubię szlak i ląduje w Pustelniku wcześniej zaznawszy kilku kilometrów szutru.

Stanisławów mijam z przekonaniem, że jestem w czarnej du*ie i, że musze nadrabiać. Kieruje się na Sokole aby uniknąć jazdy trasą na Mińsk Mazowiecki a co z tym idzie nie jechać z bocznym wiatrem. A trzeba wam wiedzieć, że ów Hihoł naprawdę się rozbujał. Na liczniku 24-27km/h co jak na moje samopoczucie było niezłym osiągnięciem.
natrafiam na ciekawe kwiatki budowalne;)

...oraz ruinki - moje ulubione z takich wyjazdów


Za Sokole`m trace asfalt i uciekam przed psami.

Trafiam, ku swemu zaskoczeniu w obszary działek warszawiaków. Wiosenne porządki i grabienie liści. Ja telepie się na szutrówce lekko podmakającej od licznych w tej okolicy kanałków i mini-cieków. Jade po zwyczajowej „tarce” a moje ręce wołają o pomoc.
„mmmooooogggłłłeeeemmmm jjjjeeechhhaaaććć nnnnaaa Mmmmiiiińńńśśśśkkkkk kkkkuuuuurrrrwwwwaaaaaa”
Wreszcie szuter znów zmienia się w asfalt i mam chwile oddechu.

Jednak odcinek około 6km dał mi popalić. Średnia spada, już nie mówię że wcześniej spadła, ale czuje się jakby mnie ktoś wyrzucił z pociągu. Wibracje chyba pobudziły wszystkie mięsie grzbietu bo jestem sztywny jak kołek! Zanim dochodzę do siebie ląduje w Jakubowie. Poza kościołem chyba niewiele tam mają...


Decyduje się na postój (drugi na tej trasie)Obok jakaś maszyna zaczyna równać droge,

więc przesuwam się w mniej dogodne miejsce tuż obok krajówki.


Rozmowa z Agnieszką przez telefon i łaska jak na mnie spływa nieba w postaci słońca, powodują, że naprawdę się regeneruje. Regeneracji oczywiście trzeba pomóc, więc wsuwam kanapkę i ptasie mleczko wiezione w sakwie.
Postój trwał 20 minut i gdy ruszam na krajową dwójkę czuje się jak nowo narodzony, no może plecy trochę czuje, ale jest dużo lepiej. Noga podaje a pobocze przy super tirowej trasie oraz silny wiatr w plecy powodują, że wyzwalam z Accenta Smoka. 26 cali koła 44 ząbki w korbie i rura! 50km/h po płaskim!! Potem było mniej, ale do Siedlec trzymam się miedzy 28-33km/h, co mile mnie zaskakuje. Jest pagórkowato, ale trasa zbadana dziś przeze mnie na pewno zostanie wykorzystana w czasie tego sezonu, podobna do zjechanej już na Białystok za Ostrowią Mazowiecką, czy do 17tki na Lublin idealnie równy asfalt i mimo dużego ruchu nie czułem najmniejszego zagrożenia ze strony wielkich 18t tirow!

brak tylko znaczka dla roweru!

Na peron w Siedlcach wpadam 14:26 zanim ogarniam bilety jest 14:43 zaledwie wsiadam do super nowoczesnego PKP-mazowieckie(jak TGV) a ten rusza. Na tablicy faktycznie widnieje 14:45 W-wa Wschodnia. Czyli znów w ostatniej chwili udało mi się załapać!

134,03km
22,84km/h
Wynik zadowalający średnią o którą nigdy nie dbam na takich wyjazdach



(km więcej jest bo jeszcze Po Agnieszkę pojechałem do pracy)

wiosna i wiosenne "nic"

Poniedziałek, 4 kwietnia 2011 · Komentarze(1)
Ot wiosna nastał i jakoś mi się siły odeszły... chyba trochę weekend dał w kość a może zwyczajnie mam kilkudniowe przesilenie wiosenne, bo chodzę jak naćpany nogi wata i ciągle ziewam;/


zimą w najkrótsze dni miałem czasem więcej werwy niż teraz;/

Wiosenno - świńsko - wietrzny weekend!

Niedziela, 3 kwietnia 2011 · Komentarze(2)
Kategoria Na Zaborze
Pierwszy od wielu dni naprawdę wiosenny weekend. Gdyby tylko wiosna chciała przyjść tylko w sprzyjających okolicznościach słońcem i ciepłem. Wiosna jednak wnosi nie tylko cieple promienie ale zmiany pogodowe ciągną za sobą wiaterek, który w ten weekend zdecydowanie nie był PRO!!!
Kiedy w sobotę o 8.40 ruszyliśmy na weekend za miasto, do Agi rodziców, wiatr był w twarz. Droga monotonna i przetrzepana wielokrotnie. Rowery więc prowadziliśmy bardziej intuicyjnie bez udziału pełnej świadomości. Tylko wiatr przypominał naszym nogom, że jednak jednoślady same nie pojadą ;P

Obładowani w 4 sakwy jechaliśmy więc walcząc z Zefirem. A zefir to kawał drania był i cale 35km dawał po ryju raz po razie…


Na miejscu u Agi nie wiele kręciliśmy, świniobicie pochłonęło większość przedpołudnia – południa i kawałek popołudnia soboty. Swoją porcję mięska otrzymaliśmy i trzeba było sobie je oprawić. Kiedy mięso była już poćwiartowane ja zająłem się rowerami. Malowanie tylnego błotnika Agnieszki wyszło, o wiele ładniej niż się spodziewałem.

Podmalowałem także oba bagażniki nieźle odrapane od sakw. Do tego z kawałka blachy zrobiłem 4 obejmy do mocowania przednich błotników.

Podczas całej pracy pomagał jeden mały szczeniak Kuleczka;)


I tak minęła pracowita sobota dzień pierwszy, a wszystko co stworzyłem było DOBRE!!!!
(wieczorem stwórca odpoczął i uczcił pracę Zimnym Lechem! – no może nie tylko jednym :P

Pomocnik też odpoczywał!

Dzień dwa to niedziela. Od rana leniwie na słonku regeneracja. Czas było na tuning mnie! Strzyżenie i dalsze opalanie się na słonku i zapychanie się przepysznym serniczkiem. Było cudnie ale około 17 trzeba było się do powrotu zebrać. Wiatr jak na złość znów wiać miał nam w twarz i to o wiele silniej niż dnia poprzedniego. Mało tego nasze sakwy wypełniło prawie 25kg mięsa (choć mam wrażenie że więcej!) Jazda pod silny wiatr z pełnymi sakwami to było coś. Chyba w ten weekend naprawdę zweryfikowałem swoją siłę nóg. Momentami 12km/h było sporym osiągnięciem. Te 35km w drodze powrotnej w zasadzie pomnożyłbym conajmniej razy 3!! Pod koniec Szlo lepiej już ale teraz siedząc czuje nogi jakbym wrócił z wysokich gór…

Weekend nie nazbyt rowerowy, ale mimo wszystko na pewno na plus jeśli chodzi o trening siłowy i w progu wyższej sfery tętna!!

Wiosenne Świeżaki

Czwartek, 31 marca 2011 · Komentarze(2)
Kategoria Na uczelnie
Dzisiejszy wyjazd na uczelnie był inny niż wszystkie w tym roku. Może to dlatego, ze po raz pierwszy jechałem nieomal pół-nagi czyli bez kurtki. Rano kiedy budziliśmy się, na termometrze widniało mizerne 4,5 stopnia a ja sceptycznie patrzyłem na lekko zamglone niebo. Wszak na „stary czas” to była 7.00 a nie 8.00.
Po śniadaniu oboje ruszyliśmy z Agą każde w swoim kierunku. Modlińska była już opustoszała a korek rozmył się w porannych promieniach słońca. Jadąc z każdym kilometrem czułem, że słońce coraz bardziej domaga się mojego ciała i niewidzialną dłonią chce go odkryć coraz więcej. Początkowo sceptycznie a potem coraz śmielej oddawałem się tej zwiewnej wiosennej dziewicy. W okolicy mostu Grota w zacienionym miejscu dopięła swego i zdjęła ze mnie kurtkę. Wiosna, niemętna rozpalająca i przenikająca mnie, tego poranka na wskroś. Zgwałcony wczesnym słońcem jechałem speszony w samej bluzie. Wodziłem oczami dookoła szukając oparcia wśród mijanych ludzi i jakby licząc, że podniosą kciuk w gorę i uśmiechną się na znak porozumienia. Niestety nikt specjalnie nie dopingował mojej wiosenności a nawet spotykałem na przystankach takich utalentowanych starszych obywateli, co mieli czapkę na uszy i płaszcz(a`la jesionka).

Wiosna jednak nie przejawia się jedynie w słońcu i wczesno porannym exhibicjoniźmie, ale wiosna to także rowerzyści! Ha jednak to nie byle jacy rowerzyści. To klasa sama w sobie stanowiąca kastę nieomal i społecznie wyklęta zimą sprowadzona do podziemia. Wiosną wraz z przebiśniegami przecierają szlaki i mkną swoimi kwitnącymi czadowymi maszynami o nieskazitelnym lakierze, kasetach lśniących w czystości (brak smaru i piszczenie napędu objawia się w ich rowerach dopiero około maja do tego czasu wyglądają i brzmią podobnie jak my… no prawie). Tego dnia ja także spotkałem takiego rowerzystę. Aż dziw, że tylko jednego, ale nie miałem wątpliwości to był ON, wiosenny świeżak!

Ja jak jaszczurka w kolarskim trykocie(bez kurtki pierwszy raz) na rowerze wolno pedałuje niejako znudzony oklepanymi już trasami dojazdu. W nim widać było pasję, iskrę w oku i iskrę na wypucowanej super tarczy przy przednim amortyzatorze!!Nie miał kurtki a biała bluza rozpięta powiwiewala niczym poły Batmana. Energia jaką zużywał na pedałowanie była tak wysoka, że przegrzewał się już przy 10 stopniach Celsjusza. Wszystko w nim eksplodowało wiosną, błyszczało. Ha! Była nawet pół-łydka odsłonięta z pod dżinsów! Nieogolona pęcina wietrzona po zimie! Ja snułem się swoja ścieżką rowerową(asfaltową!:]) przy ulicy Gwiaździstej, on mknął przy samochodach i na każdym odcinku stawał na pedały a rowerem bujał jakby jechał drezyną mimośrodem napędzaną! Oczywiście było oblukanie na światłach – ja sobie stałem i on. I to spojrzenie, niby patrzy gdzieś w dal, niby podziwia przyrodę, ale skanuje mnie. Pewnie ocenial moje możliwości wyścigowe. Nie do parady miałem Nazwisko Zamana na ramieniu wydrukowane. Wyglądałem pro i chyba musiał mi/sobie pokazać!!!Człowieku – jak on ruszał!! Miał kopa nie ma co!!! Rwał z 1x1 stając na pedały a przerzutki zmieniał (do prędkości 20km/h ) aż 7 razy! Na naszej wspólnej trasie jak tylko była okazja oczywiście cisnął przede mną(o zgrozo jak mu lśnił napęd z oddali waliło po oczach WD 40!!! Pucował całą zimę jak nic!), a gdy biedak już nie dawał rady zjechał na ścieżkę i tu próbował swoich sił ze mną.

Niczym pokerzysta z kamienna twarzą zignorowałem to jak mi zajechał drogę i z politowaniem obserwowałem jednoosobowy peleton w wysokim progu tętna mknący przede mną 26km/h z kadencją 200 albo więcej. Godna uwagi była pewność jegomościa w prowadzeniu roweru. Zakręty 90 stopni ścieżki brał nadzwyczaj odważnie – podczas jednego z nich albo przyhamował, albo uciekło mu kolo bo postawiło go bokiem na piasku.

Gdy nasze drogi się rozjechały poczułem żal i aby nie popaść w rowerową depresję, że to już koniec wiosny rozpiąłem sobie kawałek więcej suwaczka bluzy aby poprawić sobie humorek.

Wiosna jak więc widzicie rowerzyści!