O matko jaka pogoda, było mi za gorąco. Nie wiedziałem jak mam jechać. Tak za zimno, znów zapięty, za gorąco - nie wiem jeszcze jak się ubierać. Efekt taki, że i tak spociłem się jak mops...
Dojazd w ładnej pogodzie, ale w czasie pracy przeszła nawałnica z gradem. Co to za dziwna pora... nawet po tej nawałnicy zaczął nam dach przeciekać w sklepie i musieliśmy miski podstawić aby nie kapało.
Na dziale spokój. Przeniesiono nas w głąb sklepu bo główną alejkę niedługo zajmą zima i narty. Ma to swoje plusy, bo ruch na dziale mały. Choć pytaczy i pytaczek cała masa. Najbardziej lubię tych rozpinających. Co chwilę chodzę i zapinam kurtki. Wszystkie są porozpinane, jakby ludzie liczyli, że w środku nie wiem - znajdą jakiś skarb...
Na wycieczkę zabrałem canyona... wiało. Niby ciepło, a zimno. Jednak chyba bardziej zimno. Przeszywa wiatr. Załapałem się na słońce mimo, że wyruszyłem o czternastej. Potem do domu i spać. Reset sam się zrobił... wstałem a tu tak pochmurno...
Jesień idzie... zanim się obejrzymy będą przymrozki.
Dojazd na trzynastą. Miało być chłodno, grzeje. Pogoda ok, choć zapowiadają jakiś deszcz. Nie wiem czy popadaca. Znowu na sobie nie wiele w sakwie upchane na max. Ciężko rozeznać się w pogodzie. SKM na gdańskiej stoi 10 minut. Postanawiam jechać rowerem. Gubię szlak. Okopowa a potem nie wiem gdzie... wydawało mi się, że to blisko, a wyszło totalnie do zupy. Wpadam do pracy i mam 5 minut na ogarnięcie swojej zacnej osoby na wyjście do ludzi. Dobrze, że kilometrów więcej - statystyki urosną.
Wieczór to dla mnie nadal dość osobliwe przeżycie. Dawno nie wracałem z pracy po zmroku. Chyba jeszcze jak pracowałem u Kamila w Nieporęcie, ale tam nie było tak daleko i tylu rowerzystów po drodze. Osobliwe zachowania o 21:30 jak jadę. Na przykład dzisiaj pan sikał, pani kłóciła się z mężem o kota, a pan szedł w ręku z kołem od hulajnogi elektrycznej w ręku. Nie wiem jak on je wyrwał, był pijany. tylko kabelki sterczały.
Noc na tyle ciepła, że mimio trzech bluz, jechałem w krótkich spodenkach.
W pracy od czternastej - powrót wieczorem. Noc chłodna... dzień intensywny. Szykuje się zmiana sezonu na zimowy. Już u progu, już tuż tuż. Lampka ma za mało baterii - należna wymiana. Ludzie na ścieżkach - nawet widoczni, biegacze nie. Opracowany nowy wariant powrotu. Wstawiłbym mapkę, ale i tak jej nie widać.
Należy cieplej się ubierać - zdecydowanie.
Proces powrotu - niesutablizowany. Chaos przy pakowaniu i ubieraniu. Dość powiedzieć, że wypadłem z rytmu. Za dużo razy sprawdzam gdzie co mam.
Rower - nowa/stara koronka. Napęd 1x10 mtb na crossowych kołach za wolny dokładam korobkę 42zęby - jakby dynamiczniej, pod górę trudniej.
Hulajnogi wszędzie - ulubione miejsce eketrycznej to środek nieoświetlonej ścieżki rowerowej...
Pierwsze kroki... dojazd SKM powrót rowerem. Rano ziąb. Powrót z wiatrem...
Warszawa dość osobliwa jest... - zapomniałem jak to jest być Warszawskim rowerzystą. Te powroty z pracy - ech:) Jutro do nocy, sprawdzę jak się ma sprawa powrotów "nocnych"
Po zamieszaniu z pracą powoli wszystko się wyprostowuje. Troszkę to było pokręcone w tym roku, i nie chciałem za wiele pisać, bo to był trudny okres dla mnie, pełen poszukiwań i stresów. Otóż poprzednia firma mex, postanowiła mi nie przedłużyć umowy po roku czasu, o czym dowiedziałem się dzień przed... Dowiedziałem się, że za urlop mi ekwiwalent wypłacą, więc pracy nie miałem z dnia na dzień. Słabo to wyszło, bo nikt pary z ust nie puścił, a ja spakowałem się i wyszedłem z dnia na dzień.
Trzeba było poszukać czegoś sensownego, ale sierpień to miesiąc urlopowy i moje cv rozbijały się o skrzynki mailowe i był zerowy odzew. Udało się wreszcie coś załapać i o ile nie stanie się katastrofa, żadne brzozy mnie nie zaatakują, a w tle nie będzie słychać strzałów, to zalokuje się w Decathlonie na Reducie.
Moje rowerowanie w związku z rotacją pracowniczą, lekko podniosło się z kryzysu, bo czasu było więcej, ale jednocześnie głowa nie odpoczywała, bo ciężko latać mając w perspektywie bezrobocie.
DO Nowego Dworu i spowrotem lasami. Wiatr niemiłosierny a ja jak zwykle za mało zjadłem i wypiłem, bo od rana latałem po Warszawie po Lekarzach Luxach i Medach. Autem na mordor to czas około 1:20!!!
Po górach przyszedł czas na odpoczynek od mtb, i zamieniłem rower na crossowy, czyli już prawie na asfalt, ale jeszcze z domieszką terenową. W Warszawie leją kał, więc rowerem będę dojeżdżał. No i opony z deczka cieńsze lepiej jednak na ścieżkach hulają niż 29 tki grubaskowe.
Pocisłem sobie zatem do lasu crossem i złoiłem jeden z moich ulubionych singli. Weszło ładnie, później już mniej terenowo pojechałem do Nieporętu łącząc ścieżkę rowerową z szutrowym odcinkiem przez Kąty Węgierskie.
Tam Kawa u Pana Sławka i powrót do domu znów ścieżką rowerową tym razem przez Wieliszew.
Znacie mnie z bikeloga jako Księgowy, ale tak naprawdę nazywam się Adam. Jestem grzesznikiem i grzeszę "cyklicznie" od 2007 roku. Nigdy nie wygrałem, żadnego maratonu, ani nie zdobylem podium w niczym co mogłoby sie kwalifikować, choćby do medialnego szumu ale mam kilka rzeczy, które uważam za swoje małe "zwycięstwa"
Moje skromne osiągnięcia.
Najwięcej kilometrów po górach: 300km i 4000m przewyższeń w 24h.
Najwięcej km z sakwami: 255km w 24h 2007r. Szwecja
Najwięcej km w 24h: 503km czerwiec 2014
Najwięcej km "na raz": 528km w 25h25minuth 2014 r.
Najniższa temperatura w jakiej jechałem: -22stopnie
Najwięcej km w silnym mrozie: 100km przy -18stopniach
Łączny przebieg od 2007 - 101 tysięcy kilometrów.