Księgowy | strona 195 | Księgowy

Po-maratonie i po-po-maratonie... || 60.00km

Wtorek, 28 kwietnia 2015 · Komcie(4)
Kategoria Do pracy!
Pierwszy dzień po maratonie upłynął pod znakiem "czy mnie jeszcze boli d...?". O dziwo nie bolała, jednak mój stan porównać można do dobrze skacowanego młodego imprezowicza. Niby trzeźwy, a taki jakiiś wątły... Ręce na kierownicy, nadal bolą. Choć już zdecydowanie mniej. Rozmasowuje je sobie i wymakam wieczorami w ciepłej wodzie. Uzupełniłem zasoby magnezu i elektrolitów. A w pracy?

Dzień mnie rozpieszczał. Na serwis trzeba było pomyć rowery, więc myłem je, opalając się w słońcu. Jakie piekne słoneczko byłow poniedziałek! Rany - jak mi to pomogło. No lek na długodystansowego kaca! Mogłem kontemplować i rozmyślać co poszło nie tak, a jednocześnie pucowałem jednoślady. 

"K" skwitował mój wyjazd:
- taki tam zmarnowany weekend. Porwałeś się na górki, podjazdów nie jeździsz, totalnie bez głowy.

Tu pojawia się pytanie - czy wyjazd był zmarnowany? Faktycznie, dystans mnie przerósł, faktycznie górki szły mega opornie, no i faktycznie styrałem sie jak osioł. Nie rozpatruje tego jednak w aspektach klęski. "K" ma podejście do jazdy o wiele bardziej "kwalifikowane". Sam kiedyś stwierdził, że nie umie jeździć "ot tak sobie". On musi trenować i mieć cel. Ja z trenowaniem mam niewiele wspólnego, a robienie agrykoli po 10 razy - mnie przerasta. Nie traktuje wyjazdów takie jak tamten w kwestii zawodów. To raczej spotkanie towarzyskie, a jeśli przy okazji uda sie połączyć wyjazd "piwny" z wyjazdem na długi dystans - to czemu nie?

Poniedziałek to był również czas pewnych zmian. 
Przede wszystkim, przesunąłem kasetę na górską. Zabrałem małą zebatkę i dołożyłem jedną większą. Jest wszystko lżej.
Po drugie, zakupiłem oświetlenie do roweru. Dość mam już swojej lampki. Chcę wreszcie coś widzieć w nocy!
No i po trzecie - zamierzam - mimo wszystko - zabrać się za jeżdżenie. Mam czas teraz na dobre przygotowanie się. Jak tylko organizm się "zaadoptuje" po takim treningu Kaszubskim i zregeneruje, dołożę kilka cegiełek do dystansu, aby jednak odpowiednią kondycję mieć.




Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Kaszubska przeprawa z wiatrem... || 258.00km

Niedziela, 26 kwietnia 2015 · Komcie(6)
Nikt nie uczy nas, jak jeździć takie trasy. To co wnosimy do takich imprez to nasze własne zbudowane doświadczenia, obserwacje i wnioski. Nie da się skopiować tego jak jadą inni, bo im bardziej chcecie pójść w schematy, tym szybciej trasa uświadomi wam, że to na nic. O tym czego się dowiedziałem o sobie, co nowego poznałem i jakie wnioski wyciągnąłem dowiecie się z tego wpisu.


Dzień zaczął się spokojnie. Po wizycie w pracy w piątek udało się zdążyć na SKM i razem z Agnieszką udaliśmy się do Warszawy. Tam czekał już na nas Tomek. Spakowaliśmy się do samochodu i udaliśmy w podróż. 

Na miejsce docieramy około 18:00. W bazie jest już Olo, Faja pająk i Turysta. Troszkę gadamy, troszkę się rozpakowujemy. z czasem przyjeżdża ekipa z poznania i wóz "techniczny". Ekipa się integruje, jest piwko, chipsy i oglądanie finału ligi w siatkę. Olo trwoni czipsy na meczu, bo większość ich wyjadam mu ja;) Kiedy zapada zmrok pada pomysł, aby zrobić ognisko. Tak jakoś wyszło, że my z Agnieszką nie poszliśmy. Zmordowany dojazdem, postanowiłem położyć się wcześniej spać i odespać nieco przed głównym starciem kolejnego dnia. 


Sobota. - Ale Urwał

Pobudka jest łatwa. Nie mam problemu ze wstaniem, jeszcze zanim zadzwoni budzik. Po prostu otwieram oczy i już. Śniadanie, jakieś tam szybkie pakowanie i zbieram powoli się z Agnieszką z bazy. Wystawiamy rowery z domku i nanoszę ostatnie poprawki do swojej pozycji na siodełku. Jaki jest efekt? Urywam gwint w zacisku pod-siodłowym a sztyca wpada mi na sam dół. 
- No pięknie - myślę sobie - to sobie pojechałem na wyprawkę. Szybka reakcja i właściciel moteliku ofiarowuje mi długą śrubę i nakrętkę nr 10 jako kontrę. Udaje się zbudować fuszerkę, która jedzie ze mną przez całą trasę. 

W końcu, ruszamy. Początek jest po wątpliwej jakości drodze z Izbicy. Grupa jedzie równo, ale od razu daje się odczuć, że za ciepło się poubieraliśmy. Lecimy w pełnym peletonie do Główczyc. Tam wszyscy się rozbierają z nadmiaru ubrań. Przydadzą się one jeszcze nocką, ale w takim słońcu już o 8:20 rano jest prawie dwadzieścia stopni. Nikt się nie spodziewał tego po chłodnym wieczorze nad jeziorem. 

Tu grupki się rozrywają. Ja i Agnieszka zostajemy ostatni. Spoko - myślę sobie. Nie ma co gnać. Sporo przed nami trasy, a wiatr wcale nie pomaga. od wyjazdu na wschód w kierunku Wicka, wieje to w twarz, to znów w bok i prędkości nie są oszałamiające. Niemniej jednak, jakoś się toczymy. W Wicku - szybkie zakupy słodkich bułek i dalej w trasę. Za skrętem na Sarbsk, zaczyna się prawdziwy maraton. Są górki. Naprawdę strome, krótkie interwałowe podjazdy po 10-11%. Jedzie się ciężko. Mazowieckie przygotowanie do tej trasy ma się nijak do tych warunków. Spodziewałem się pagóreczków, ale w połączeniu z silnym wiatrem troszkę więcej one nas kosztują sił.

Agnieszka wyraźnie zostaje z tyłu. Czekam na nią. W Przebendowie decydujemy się rozłączyć. Aga wraca do bazy, a ja jadę dalej. (W efekcie tego rozstania, Agnieszka zamiast prosto do bazy, pojechała jeszcze nad morze i na rybkę do Łeby).
Jazda samotna, pozwala mi nieco przyspieszyć. Pedałuje więc żwawo w nadziei, że odrobię sporą już stratę do peletonu. Niestety, albo może, na szczęście. Zagapiam się i zjeżdżam ze śladu w złym miejscu. Kierunek maratonu biegnie w lewo, a ja nie patrząc na GPS, jadę prosto. O pomyłce dowiaduje się jakieś 10 km od trasy.

- czy ten ślad to nie był czasem na fioletowo zaznaczony Księgowy?
- eee, no chyba tak. A co to ten jest na jaki kolor Adam?
- pomarańczowy.
- hmm no faktycznie... oooo ten fioletowy jest tu obok. FUCK - jakieś 10 km w lewo.

Jedzie mi się spoko, więc klikam i klikam w urządzeniu podczas jazdy. Niestety, słońce nie pomaga, bo strasznie się odbija od ekraniku i w końcu dobre 3 km dalej,decyduje się zatrzymać aby DOKŁADNIE przyjrzeć się śladowi, i zbudować wariant powrotu na niego. Decyzja pada na skrót, w nadziei, że złapię grupę i reszty trasy nie będę jechał sam.

Po dokładnej analizie trasy, teraz widzę, że błąd wkradł się w miejscowości Gardkowice. 

Jadę więc żwawo w kierunku Wejherowa licząc, że uda się chwycić w jakąś grupkę. Na tym odcinku prędkość jest o wiele szybsza niż poprzednio cisnę 27-30km/h mimo, że wiatr spowalnia. Tracę sporo Energi na podjazdach, ale nadzieja na "koło" czyjeś za Wejherowem bardzo mnie motywuje. 

Udaje mi się dojechać i z informacji telefonicznych wiem, że czołówka powinna być u mnie za nie tak długo. Ruszam więc, już spokojniej, z miasta i wspinam się na podjazd w kierunku Nowego dworu Wejherowskiego. Jako, że zarówno górka, jak i wiatr, a do tego słońce, są przeciw mnie. Staje na poboczu i robię postój na bułę. Jem sobie, jem... u chcę zrobić jakiś vlog, a tu "No Memory on Memory card..." CO???!!! Fuck zapomniałem pousuwać filmików poprzednich i bóg jeden wie ile się nagrało z poprzednich "wejść na antenę". Co tu zrobić. Wrzucam kartę z GP do Telefonu i usuwam nadmiar filmików, ale niestety nie do końca widzę w telefonie, jakie filmiki i fotki usuwam. Podczas zabawy ze sprzętem dostrzegam dwóch kolarzy. Pomarańczowe obręcze poznaje z daleka - TURYSTA. Zaraz za nim jedzie CRL. Macham do nich i szybko zbieram się na trasę. 

Mimo, że ja wypoczęty, to nie jestem w stanie ich dojśc na tym podjeździe. Doganiam ich dopiero długo potem przy sklepie, gdy robią zapasy. Po drodze do sklepu spotyka mnie jeszcze Tomek. Od tego miejsca jedziemy we czwórkę. Zaopatrzeni w jedzenie, dolewkę w bidonach można atakować dalej. 

Wiatr wciąż nie pomaga, szarpie na podjazdach i wyrywa z siodełka na zjazdach. Jazda w grupie, zdecydowanie lepiej idzie. Nie chodzi o klasyczne "dawanie zmian". Po prostu jest raźniej, a zmiany, jakoś tak same wychodzą. No gdyby to tylko wiatr, to może bym utrzymał się w grupce, ale kilka szybkich "hopek", kilka porywistych podmuchów i zostaje 10... 20... 30...metrów za grupą. Jeszcze jakiś czas walczę, aby odrobić straty, ale oni jadą sklejeni w małą grupkę, a ja nie mam szans ich dojść. Rezygnuje wreszcie i znów zaczynam samotną jazdę.

Nie jest źle - w sumie - myślę sobie. Troszkę z nimi ujechałem, teraz też jakoś idzie. Później pewnie znów ktoś się pojawi. Najważniejsze, że dogoniłem grupę. Napewno znajdzie się ekipa do dołączenia. W końcu jednak troszkę ludzi jedzie na tym evencie. 
Mp3 w uszach gra, kolejny raz popełniam błąd logistyczny. Słabo przygotowana playlista z 8 utworów nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem. Dobrze, że przynajmniej są to utwory w miarę "nowe dla ucha" to słuchanie ich kilka razy nie jest takie złe. 

Gdybym był góralem, to bym tylko na wiatr mógł sobie ponarzekać, tu jednak z każdym kilometrem, w nogach zostaje kolejna miażdżąca suma podjazdów. Jadę z trudem, a forma górek jest ta najgorsza. Szybkie interwałowe hop`y po 7-12% i szybkie krótkie zjazdy. Przez silne podmuchy, na zjazdach rower rozpędza się do "bagatela" 23km/h. No ja rozumiem podjazd, kręcić, ale żeby na zjazdach jeszcze dokręcać aby te 30 lecieć? PLISS...

Znienacka pojawia się Michał z aparatem w samochodzie. Niespodzianka nie z tej ziemi. Łapię się na kilka fot, choć mega fotogenicznie to nie wyglądam. Dobrze, że te jasne skarpety mam to choć stylówa jest! Przydatna jest jednak informacja od Michała, że jakiś nieduży odstęp za mną jedzie grupa "OLA i KETO". No tom uratowany - myślę! Kolejna grupka, kolejna szansa na sukces. Planuje nie zatrzymywać się, tylko jechać swoje i poczekać w ruchu, aż mnie wchłoną. Odcinek jest jakiś karkołomny. Co chwila podjazd i zjazd, zakręt i znów zjazd, potem znów ścianka 10%. Nie mogę się doczekać spotkania, a tu jak na złość nikogo nie widać na horyzoncie. No nic, jadę dalej... walczę i są! Wreszcie są!

Łączymy się w grupkę i znów docieramy wspólnie tylko do postoju na sklep. Nie wiem ile kilometrów jedziemy razem. Po wspólnych zakupach ruszamy, ale niepewny czy wziąłem portfel, staje dosłownie na 10 sekund. To wystarcza, wiatr, podjazdy i spadający zapas sił, powodują, że mimo iż widze ich jakieś 50m przed sobą, nie mogę dojść grupy. 
Jeden podjazd - staje na pedały jadę, sapię! Cisnę! MATKOOO czekajcieeeee...
Zjazd - dokręcam, w porywach wiatru targany, mknę w dół i nic! 
Kilka takich prób podejmuje, ale w końcu odpadam całkiem. Płuca wypluwam, kolana odmawiają posłuszeństwa i grupka sobie odjeżdża. Znów zostaje sam. 


Kryzys - Wszystkie kary na mnie idą!

Tu się zaczyna kryzys. Kryzys gigant, kryzys, gdzie moje kolana i nerwy śródręcza, zaczynają mi płatać figle! Kolana odzywają się nagle. Zdziwiony jestem, bo mnie generalnie ból kolan nie doskwierał chyba na żadnej z moich dotychczasowych tras długich. Jadę więc początkowo "swoje" ale na którymś z podjazdów tak mnie coś zabolało, że aż stanąłem na poboczu. 
"O panie Księgowy - czas na sportowy rachunek sumienia". Nie ma co kolan forsować. Stoję sobie 15 minut robię skłony, kucam, rozciągam mięśnie. Wreszcie ruszam. Pedałuje już zachowawczo. Każdą górkę na młynku, bez spinki. Przynosi to efekt, kolana milkną i tylko kilka razy później na pojedynczych podjazdach dadzą znać o sobie. 

Drugim - NOVUM - są ręce, a mianowicie ich nerwy. Pierwszy raz poczułem przeszywający ból w dłoniach jak goniłem grupę Turysty, pomyślałem, że to jakiś tam pojedynczy epizod. Po pogoni za Ol`em stan się pogarszał z każdym kilometrem.  Zdarzało mi się tak złapać kierownice na podjazdach, lub na prostym dziurawym odcinku, że ucisk padał na jakiś nerw. Powodowało to taki ból, jakby mi ktoś rozpalonym prętem z żelaza przebijał ręce. Dawno się tak nie umordowałem.
- Tak mniej boli, ale nie mogę trzymać dobrze kierownicy, tak znów boli, ale nie mogę hamować. W tej znów pozycji, prawie nie boli...ale jak już zaboli to aż mi w łokciach ból promieniuje. 
Jadę jak jakiś paralityk, kierownica parzy, kolana oszczędzam, a do tego ten cholerny wiatr! No litości!!! Zjazd, opieram się na przedramionach aby nadgarstki odciążyć, pusta droga - prędkość zjazdowa 25 km/h. No liczyłem choć na 30!!! Niestety, wiatr utrudniał nawet zjazdy. 

Sierakowice. Jadę albo nie jadę!

Tu jest apogeum... jestem głodny, ręce cierpną nawet poza kierownicą. Kolana czasem się odzywają. Trudna decyzja. Siadam koło punktu informacji turystycznej i przeprowadzam rozmowę z "centralą" - żoną. Wspólnie decydujemy, że muszę wycofać się do bazy jeszcze wcześniej niż planowałem. Cholercia a chciałem ten makaron Cinka zjeść. Nie wiem, czy choć 300 będzie, nie wiem ile jeszcze. Wiem jedno - Jak zajadę sobie organizm teraz do przez dwa miesiące mogę nie naprawić pewnych urazów. 
Postój więc trwa chyba pół godziny. Jem krówki i "eklersy" z sakwy. Zjadam jeszcze jakieś slodycze i dopijam resztkę powerade`a. Gdy ruszam, na niebie jest już pochmurno. Coś sie szykuje... nie wiem co. Pewnie deszcz. No i mam czkawkę! Czkawkę ma też moja jazda. Bo zanim dobrze ruszę to staje. Wynajduje sobie milion powodów, aby stawać.

To załączę lampkę - bo ciemno idzie.
To założę kamizelkę - bo ciemno idzie...
To znów założę bluzę - bo noc idzie...
To znów zmienię baterię w mp3 - bo nie działa już, a przecież noc idzie!!!
Rany ile ja na tym odcinku zaraz po rezygnacji - stawałem! SZOK.

W końcu - jadę! Nieeeeee zapomniałem! Siku przecież! Bo noc idzie!

Kiedy już wydawało mi się, że jadę, i zrobiłem dobre 10 kilometrów znów postój. 
To zjem coś konkretnego, a nie te batony - bo noc idzie.

Kupuje dwie kajzerki i kiełbasę. SIadam na schodach sklepu i jem. Mam zwiechę. Jem i jem, a co jakiś czas oddaje kawałek kiełbaski pieskowi co siedzi obok mnie i tak się patrzy na mnie. Na spółkę z "pikusiem" wrąbałem 25 cm podwędzanej i dwie kajzerki. Pikuś zdecydowanie preferował kiełbasę, kajzerek nawet nie wąchał. Nie wiem czemu!:D


Uwaga na nisko latające sarny

Dobry Audiobook, wreszcie lekarstwo na kryzys. Jadę sam, wyłączam głowę i słucham kryminału. Zabili świętego mikołaja  w Reykaviku. No ale czemu? 
Wieczór szybko staje się chłodny. Nogi kręcą, a odcinek do Lęborka jadę krajówką. Dziura na dziurze, auta i ja... Nie zwracam uwagi na auta, jadę i jakoś to wszystko nawet gra. W Główczycach nagle orientuje się - ku memu zaskoczeniu - że do mety jakieś 8 km. No to jazda! Pedałuje szybko, a moja lampka wariuje. Drgania powodują zmianę pomiedzy trybami. FUCK - kolejne ZUO od poprzedniego MP, nie wpadłem na pomysł aby zweryfikować czy lampka się nie naprawiła. Na trasach co jeździłem sam asfalt był spoko, tu telepało rowerem jak na Lubelszczyźnie i znów to samo się dzieje. Wnioski? Oświetlenie mam tylko na równe asfalty - no spoko. Szarówka przed kołami, wąska droga, jakieś torfowiska po bokach a ja jadę i co sekundę lampka się przełącza z mrugania na ciągły i odwrotnie. 
Na domiar złego o mało nie ginę pod kopytami sarny! Zwierzyna wyskakuje znikąd i robi susa przed moim kołem. DOSŁOWNIE - przeskakuje tak blisko, że czuje zapach jej mokrej sierści. Musiała zrobić susa tuż nad oponą! Adrenalina skacze mi w górę. Zatrzymuje się przestraszony tym zdarzeniem. Ręce mi się trzęsą po częśći z głodu, po części z nadmiaru tego środka który mi mózg wstrzyknął w krwioobieg. Uspokajam się i ruszam. Tym razem jadę już wolniej i nasłuchuje czy po rowach jeszcze jakieś latające sarny się nie kryją. 

Wreszcie meta - żona ogląda małych gigantów, czeka na mnie ciepły posiłek prysznic i sen... To był trudny wyjazd, mimo małego dystansu naprawdę umordowany przyjechałem do bazy. 





Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Zalatany - zaniedbany || 32.41km

Wtorek, 21 kwietnia 2015 · Komcie(0)
Kategoria Do pracy!
Ostatnio troszkę zaniedbuje się we wpisach blogowych. Niestety, naprawdę nie mogę uszczknąć choć troszkę czasu na coś większego - więcej treści. Wpadam do domu, zaraz jakiś wyskok na zakupy. Czasem wracam do domu przez Warszawę dookoła i jak wracam to juz jest relatywnie późno. 

W pracy dziś urzędowałem sam. Obsługiwałem serwis, sklep i jeszcze robiłem za doradcę. Ogólnie spoko, chleb powszedni, ale faktycznie jak się kociołek zrobił to mi rąk brakowało. 

Dialogów słynnych nie było, za to dużo pierdół. Dętek wymieniania, serwisy piast na szybko i tego typu rzeczy. 

Wydaje mi się, że nie wiele zrobiłem, a dzień mi tak spierd..., że szok. 


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Po-wrotka, wiotka... wietrzna pieszczotka... || 47.79km

Poniedziałek, 20 kwietnia 2015 · Komcie(0)
Kategoria Do pracy!
Dzień słoneczny, dzień wiosenny, gdyby nie wiatr, który stawiał mnie dęba. Do pracy jechałem jak na rowerku stacjonarnym. Jadę albo nie jadę. No umachałem się jak dziki. Nie sadziłem, że będzie aż tak ciężko... po prostu mnie zwiewało z drogi. 

W pracy sporo serwisów i troszkę sprzedawania. Dzień bez aspektów ciekawych dialogów. Dziś nieomal monotonnie. 

Po pracy uderzyłem z wiatrem do Płochocińskiej i powrót przez Jabłonnę i las. Z wiatrem oczywiście przyjemnie i bez zmęczenia, natomiast od Płochocińskiej już z wiatrem w dziubek...

Nie piszę wiele, bo zalatany jestem. Maraton blisko, pracy sporo i tyle do ogarnięcia, że ło-je-zu...





Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

zimność || 85.00km

Niedziela, 19 kwietnia 2015 · Komcie(10)
Kategoria Do pracy!
Sobota upłynęła pod znakiem chłodu i zimnego wiatru. Dziś równiez postanowiłem nagrać swój pierwszy w 100% pełny Cyclo-Vlog. Jak komputer nie oszaleje od ogromu materiału do opanowania, to jeszcze dziś film powstanie. Obecznie procesor warczy na 100% obrotów, go pro studio sie nie tnie, więc nie zapeszajmy.

Sobota, dzień wyczuł chyba, że będzie weekend i pogoda się popsuła. Samego handlu jednak malo nie było. Sprzedalismy kilka rowerów, mimo naprawdę kapryśnej pogody.
Po pracy przyjechała po mnie Agnieszka. Jej szosa dogorywa, a zwłaszcza napęd w niej. Niebawem może uda się sprzedać jakiś z rowerów które mamy w domu. Bo zarówno miejsce, jak i kasa by sie przydały.

____________________________________________________________
Drugim etapem dzisiejszego dnia był nocny rower do Warszawy, tu również powstał filmik. Zanim jednak wrzucę filmiki musicie nacieszyć się samym wpisem. Komp - mieli i mieli te video jak szalony już godzinę prawie;)

[edit] - film obecnie musi poczekac na publikacje bo YT nie lubi mojego filmu :)


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

W porannym słońcu - dzwońcu. || 32.87km

Piątek, 17 kwietnia 2015 · Komcie(0)
Kategoria Do pracy!
Rano swoje kroki - a może w zasadzie koła - skierowałem do Przychodni. Oczywiście standardem takich miejsc jest inwigilacja i dbanie o swoje. Zacząłem więc wypytywać kto ostatni i te pe... w zamian i mnie prześwietlono "a na którą ma? Bo ja to tylko po receptę dla męża to szybko". Taaa. Ja też tylko po receptę, bo w przychodni zmieniono zasady i teraz już nie można recept na karteczki brać. Trzeba po regularnie brane leki - przyjść osobiście do lekarza aby wypisał świstek. Cóż, jak potem człowiek chory i ma gorączkę termin na przyszły tydzień lekko, bo każdy się teraz musi zapisywać po recepty...

Udaje mi się wejść, i wyjść cało. Myślałem, że się spóźnię do pracy, ale wyszło całkiem sprawne pedałowanie, toteż o czasie docieram.

W robocie - klasyka gatunku. Serwisiki. Ostatnio chyba z zemsty nam te rowery przyprowadzają. Co jeden to lepszy. Im bardziej zardzewiały i zapleśniały, tym lepiej. Może jakiś konkurs na fejsie rozegrali, a my nic nie wiemy? Szczytem był rower rheno, zielony full, w którym koszt wymienionych cześci wyniósł z robocizną 570zł, wartość roweru w zakupie połowa tego;) Dzwoniliśmy 3 razy bo ciągle coś się psuło. To jedno to znów kolejne, i za każdym razem dokładnie pytałem, czy aby napewno rozumiemy się, że to już będzie tyle a tyle kosztować.
"Panie robimy ja za pińcet sidymdzisont rowera nie kupie..."

Ja od rana walczyłem z dwoma składakami, jeden z nich kończyłem, drugi zaczynałem. Firemka za 200zł w selgrosie kupiła rower aby pracownicy mogli się poruszać z pkt A do B, rower tak zardzewiały, że na złom tylko się nadawał. Każda śruba i odkręcenie to dramat jednego aktora... mnie. Suma summarum, zrobiony, ale poległem na lampie. Tylna lampa, taka wisienka na torcie. Myślę, pewnie szybko pójdzie, pewnie kabelko poprawie i będzie świeciła z dynama. Kurcze... najpierw ukręciła się żarówka potem cała reszta. W rezultacie wymieniłem lampe na nową i? Nadal nie świeciła... pff jutro może z rańca ją "pyknę" aby zalśniła.

Powrót w chłodny wieczorze kwietnia. Naprawdę chłodnym!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Poranna jazda z go pro... wymuszenie || 37.48km

Czwartek, 16 kwietnia 2015 · Komcie(3)
Jazda do pracy związana z mało przyjemną sytuacją. Jadę sobię szybciutko, spokojniutko, w sumie nie przykułem uwagi do tego czerwonego auta. Patrzyłem akurat w dal na hamujące srebrne pudełeczko. No i co? No - mało brakowało!


Chyba poza time-lapsowymi fotkami, będę też sobie załączał kamerkę na takie traski do pracy. Niby nic, a tak to się zaczęło. W sumie zmotywował mnie to włączania Go Pto Trolking, po swoim wypadku - przez wymuszenie. 

Po pracy niespodziewana wizyta w mojej siedzibie Kes`a z bikestatsa.  To już druga osoba nawiedzająca mnie w robocie. Wpadła też niezapowiedziana żona i we trójkę zrobiliśmy trasę powrotną do domu. Zanim to jednak nastapiło kupiłem sobie skarpetki!



A jak pisałem, potem udałem się do domku wraz z Agą i Kesem.



Się zaczyna kręcić sezonik:) Oby więcej takich spontanów;) 



Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Poranne dokręcanie || 53.43km

Środa, 15 kwietnia 2015 · Komcie(0)
Idę za ciosem i dokręcam poranne rundki. Dziś padło na pętle nieco mniejsza ze względu na to, że nie chciałem znów władować się w ostre wietrzysko na trasie do Nowego Dworu mazowieckiego. Udałem się więc przez Legionowo do Chotomowa i dalej już trasą na Skrzeszew Szosowymi Lasami. 

Dzień był wyjątkowo słoneczny, mimo wiatru. Nie czuje już takiego marazmu jak poprzednio, ale zdecydowanie odczuwam już trzeci dzień mocniejszego kręcenia. Dobrze by zrobić sobie "dey off", i chyba jutro się uda, bo mnie Aga do kina zabiera. 

Niewiele mam dziś do napisania o pracy. Składałem rowerki na kołach 12 cali. Kto kiedykolwiek to robił wie jaka to męka. To nawet nie chodzi o takie najprostsze podzespoły, co po prostu o ilość kluczy potrzebnych do skręcania. Do kółk podporowych potrzeba 3 kluczy 12, 13 i 15 do przykręcenia podpórek. Do zamocowania siodełka znów 12 i 13. A do kierownicy 12 tka. Do tego jeszcze potrzeba 10 tki do hamulca. I tak oto siedziałem przy małym "harleju" i starałem się okiełznać "potworka"

Po robocie do domu jechało się jakoś opornie. Bardzo zimny wiatr, bardzo nieprzyjemne porywy i do tego jakoś tak pochmurno się zrobiło. W odróżeniu od poranka miałem wrażenie, że jechałem późną jesienią, a nie wiosną. 


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew

Wiatrzysko.... - trudni klienci || 57.63km

Poniedziałek, 13 kwietnia 2015 · Komcie(6)
Kategoria Do pracy!
Dziś dzień przełomu nastąpił, mam nadzieje, że na dość długo ów przełom wykonałem, bo naprawdę jechało się zjawiskowo. Nie wstałem może lekko, bo marudziłem przy śniadaniu, ale jednak z domu wyjechałem 8;20. Zapomniałem sprawdzić prognozy i poza słońcem za oknem czekał na mnie wiatr. Nie jakiś tam wiaterek - wiatrzysko! Trasa standardowa - do Janówka przez "hopki" i w Janówku nawrót. Jak jechałem w kierunku północnym to myślałem, że mnie zdmuchnie. Bez lemondki, bez szans na zwycięstwo i to do tego wszystkiego z samego rana! Na początku trzy hopki wydm w lesie, a potem wiatr w pyszczek. Najs...
mimo to jechało się znośnie i w Janówku po zrobieniu nawrotu pognałem jak rakieta z prędkościami 40-42km/h.

Końcówkę przez Wieliszew wykonałem z sercem na ramieniu. Nie wiem skąd tyle tirów się zebrało na tej trasie... Oczywiście na podwójnych rondkach przed Wieliszewem, ciężarówki muszą wyprzedzać, bo wiadomo - pierwsze będą. Co tam rower! Co tam dziurawe pobocze.

Jadziem szwagir!



Praca, ach praca. Wpadam w bramę 10:01 - fuck spóźnienie. He he. "K" dopalał sobie papieroska. Dziś nie wystawiamy rowerów bo ma padać. Padać? Rozglądam się dookoła i patrzę, że naprawdę zaczyna się chmurzyć. No ok to nie wystawiamy. Dziś więc trzepaliśmy serwisy. Lekko nie było jak zawsze. Nasi ukochani klienci nas motywowali jak zwykle.

Był sobie pan. Rower mu się popsuł. W sumie ten pan temu "roweru" pomógł nieco, a mianowicie zaimplodował sążniście w coś przednim kołem. W wyniku spotkania koła z "tym czymś" widelec się zawinął pod spód. Trzeba było widelec wymienić. 
- Zamawiamy widelec?
- No zamawiamy.

Minął czas, upłynął dzień dwa. Rama pana z bebechami leży na serwisie, pomiatana i kryta hańbą. Dzwoni pan, że widelec ma!
- Witam, mogę wam przywieźć widelec do tego roweru?
- A czyli nie zamawiamy tak?
- Nie, no mam ten widelec to przywiozę. 
- ok 

Widelce nadciągają! Wszystkie pioruny na mnie idą!

- Proszę oto widelec.
- Ok niech pan położy, zaniosę go sobię i położę koło ramy.
- Opony też kupiłem, to byście mi wymienili.
- Hę?
- Przynieść?
- No... tak

- Oto opony.
- Ok, czyli dopiszę do serwisu żeby założyć opony.
- No i klocki mi załóżcie nowe hamulcowe, tam w siatce są, też kupiłem.
- Eeee, rozumiem. - Wyjmuje notes i zaczynam standardową procedurę. - Pana nazwisko?
- Kowalski
- Rower to wheeler? Prawda?
- Tak.
- Czyli zrobić panu pełny przegląd rozumiem z zamontowaniem widelca regulacją...
- Tak tak, a ile to panu zajmie to ja poczekam.
- Możemy się umówić na piątek.
- Jak to? To teraz pan tego nie zrobi?
- No nie. Możemy się umówić na piątek spokojnie się wyrobimy.
- Ale przecież dzwoniłem do was, że wam części przywiozę!
- No ja rozumiem, ale to w sumie nie zmienia postaci rzeczy.
- To mi tego od ręki nie możecie zrobić?
- Wie pan do piątku mamy kolejkę serwisów.
- Ale przecież to tylko chwilka.
- Na serwisie dużo miejsca, chętnie popatrze jak panu to chwilkę zajmuje. - żartuje filuternie.
- Nie no, ale serio chcecie mnie na piątek z tym wpisać?
- Nie wiem, czy pan rozumie powagę problemu. Przywalił pan w coś solidnie rowerem. Złamał pan widelec, przednie koło wygląda jak znak nieskończoności. Klamka jest ułamana od hamulca. Mamy założyć nowe opony, klocki hamulcowe zrobić panu przegląd piast centrowanie kół i uważa pan, że to zrobimy od ręki?
- Ojej, to ja myślałem, że dziś rower odbiorę.
- Przykro mi.
- No ale czemu tego nie zrobicie teraz. przecież teraz pan nic nie robi.
- Czyżby?
- No złożyłby pan raz dwa ten rower...
- Chcę pan iść ze mną na dół i obejrzeć ile rowerów mamy do zrobienia? Chętnie panu wyłuszczę i opowiem krok po kroku, jak się będę nudził do piątku. - poirytowany troszkę studzę pana zapędy.
- Teraz pan przecież nie ma roweru na serwisie.
- Proszę wybaczyć, ale przez grzeczność nie będę kontynuował z panem tego wątku. Jeśli pan uważa, że nic nie robię, i do tego zajmie to panu chwilkę. Za opłatą udostępnię panu wszystkie narzędzia, to pan sobie rowerek "pyknie" raz dwa i jeszcze dziś pan sobie pośmiga!
- Ech - pan pisze na ten piątek.

Spisuje rower, naprawdę zdenerwowany. Po prostu wewnętrznie się zagotowałem. Nie dość, że koleś kupił wszystko na allegro, przynosi rower zmasakrowany po spotkaniu z murem to jeszcze wmawia mi że nie robię nic.



Panie kupię rowera....

- dzień dobry
- Witam w czym mogę pomóc?
- rowera szukam psze pana.
- Jaki rower pana interesuje.
- to dla takiej osiemnastolatki.
- mhmm
- tylko aby tak do 400zł nie więcej.
- Przykro mi, nie posiadamy takich rowerów.
- Nie? - Pan dziwi się tak, jakbym mu oznajmił że właśnie wszedł do ogrodniczego a nie do rowerowego. 
- Nie...
- A ile najtańszy. 
- 600zł, taki z koszykiem na stalowej ramie, z dynamem.
- Nie nu, łona chce górala.
- Górskie od 1100zł się zaczynają. 
- Mhmm. no dobrze. To Wie pan co, to ja w takim razie potrzebuje dwa koła.
- Dobrze, a jakie?
- Aluminiowe...
- Ale jaki rozmiar.
- O takie oooo.
- Góral?
- Tak.
- 26 cali.
- No tak tak. 
- Dobrze, a tylne koło chce pan na wolnobieg czy na kasetę?
- Hę?
- Sa dwa tryby mocowania zębatek...
- Oj to ja nie wiem. A które tańsze?
- Wolnobieg.
- To to wezmę.
- A ile biegów?
- Nie wiem, ale ile powinno być?
- Nie wiem niech pan mi powie - Facet rozbawia mnie tak, że o mało nie wybucham śmiechem w twarz.
- Dobrze, to ja to ustale. Kierownica jeszcze aluminiowa.
- Prosta czy gięta?
- Prosta

- to jest kierownica?
- No nie inaczej. - znów zmuszam się aby się nie roześmiać. Pan jest przezabawnie nieświadomy świata rowerowego. 
- A gdzie ona ma ten, taki pręt?
- Mocowanie dokupuje się oddzielnie. 
- To ja chcę też to mocowanie.
- Łopony jeszcze i dętki...
- Proszę.

Pan wybiera jeszcze kilka elementów, co chwila potykamy się w dialogu na kolejnych niuansach technicznych. Summa summarum podliczam pana i wychodzi panu 520 zł. Pan mówi, że musi zadzwonić i skonsultować sprawę. Rozumiem pana i pozwalam wykonać telefon. pan wydaje się miły i kulturalny i wychodzi ze sklepu aby zadzwonić. A ja stoję i czekam czekam... czekam. Wyglądam przed sklep. Pana nie ma. Hmm co za typ. Po prostu sobie poszedł. Ani słowa, że nie weźmie, czy że za drogo. 40 minut z nim dyskutowałem, dobieraliśmy części, a ten po prostu sobie wyszedł bez słowa.


ście>


Dzień przeleciał bardzo szybko, udało się sporo w serwisie zrobić. W sumie razem z "K" Chyba z 5 serwisów zrobiliśmy. Pełne przeglady rozbieranie piast, centrowanie kół. Wszystko! Full opcja. Do tego jeszcze udało mi się umyć kolejne rowery na serwis. 
W drodze powrotnej do domu znów miałem pod wiatr. Co za pogoda... niezmiennie jednak, tak jak i rano jechałem z taka energią, że miałem wrażenie, że choćby i 20% ściankę z blatu wezmę!


Pozdrawiam
Księgowy
Organizator:

Legionowska Katorga,
Castle Ultra Race ,
Tour De Zalew